Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciechocinek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciechocinek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lipca 2018

Wycieczka do Torunia

Dzień pierwszy - 09.07.18

Przez stronę booking.com zarezerwowalismy 3 dniowy pobyt w hotelu Rubbens&Monet w Łysomicach, które oddalone są od Torunia o ok. 5 km. W cenie pobytu wliczone były śniadania oraz korzystanie z hotelowego basenu.
Droga z Olsztyna do Łysomic trwała prawie 4 godziny, mieliśmy do pokonania prawie 200 km. Jednak co ok. 1 h zatrzymywaliśmy się na krótkie postoje, żeby wyjać Jasia z fotelika, nakarmić czy też żeby Hania mogła skorzystać z WC. Z Olsztyna wyruszyliśmy ok. 9 rano i na miejscu byliśmy przed 14. Zameldowaliśmy się w hotelu, zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na podbój Torunia ;)
Naszym pierwszym celem było Muzeum Zabawek, które posiada w swojej kolekcji zabawki od XIX do czasów PRLu. Wiele zabawek przypomniało mi własne dzieciństwo, ponieważ kilka z nich posiadałam osobiście :)










Po zwiedzeniu Muzeum Zabawek i Bajek, udaliśmy się na zwiedzanie Starego Miasta, pobawiliśmy się tez na placu zabaw przy starówce, zjedliśmy obiad i lody.













Wieczorem wrocilismy do hotelu i choć zmęczeni byliśmy okrutnie to wykrzesaliśmy z siebie jeszcze dość energii na pływanie w hotelowym basenie. Basen niewielki, ale nam wystarczyło :) Jaś obserwował nas z fotelika. Kupiłam mu nawet specjalne koło do pływania, ale męczył go katar, więc wolałam nie ryzykować przeziębieniem synka. Ogólnie hotel jest bardzo duży i składa się z dwóch budynków połączonych ze sobą długim korytarzem na wysokości 1go piętra. Budynki to właśnie Rubbens i Monet. My ulokowani byliśmy w Rubbensie, który miał może skromniejszy wystrój, ale za to był o wiele czystszy niż budynek Monet. Nasz pokój był dość duży, a łazienka przestronna, z prysznicem. Mieliśmy podwójne łóżko, łóżko pojedyńcze dla Hani i łóżeczko niemowlęce dla Jasia. Do naszej dyspozycji było TV, radio oraz czajnik elektryczny, więc nie miałam problemu z podgrzewaniem mleka czy słoiczków dla Jasia.
Pierwszą noc dzieciaki przespały bardzo dobrze, zmęczenie zrobiło swoje.
Ja spałam gorzej, wierciłam się chyba do 2 nad ranem, niestety zawsze tak mam w nowym miejscu.


Dzień drugi - 10.07.18

Tego ranka mieliśmy pobudkę juz po 5 rano. Telefon z firmy. Tak jest, kiedy ma się firmę, urlop czy nie urlop trzeba pracować. Dzieciaki się pobudziły i chcąc nie chcąc trzeba było wstawać. Dla mnie było to trudne po 3 godzinach snu, ale ogarnęliśmy się i zeszliśmy na śniadanie, które było podane w formie szwedzkiego stołu. Byliśmy dość zdziwieni daniami, ponieważ nie spodziewaliśmy się tak dużego wyboru różnych dań, wszystko poza tym świeże, pachnące i pięknie podane.
Po sycącym śniadaniu wyruszyliśmy do Torunia. Tego dnia w planach mieliśmy zwiedzenie Zoo oraz Żywego Muzeum Piernika.
Zoo okazało się mniejsze niż np. Zoo w Gdańsku, ale bardzo urokliwe oraz z wieloma atrakcjami dla dzieci. Na początku zwiedzania dzieci dostały mapę z zoo z określonymi miejscami, ktorych mają szukać. Były to punkty z drewnianymi domkami, w ktorych były pieczątki do odbicia we właściwych miejscach na mapce. Po uzyskaniu wszystkich pieczątek, dziecko mogło wybrać sobie nagrodę. Hanusia wybrała sobie medal. Oczywiście odpłatnie, ale sprawa warta swojej ceny, bo emocje przy szukaniu punktów z mapki, były bezcenne.
Po zwiedzeniu zoo, Hania pobawiła się na tamtejszym placu zabaw, a my mieliśmy chwilę na wypicie kawy.



















Po wizycie w Zoo, pojechaliśmy na starówkę, ponieważ naszym kolejnym celem bylo zwiedzenie Żywego Muzeum Piernika. Na miejscu okazało się jednak, że kolejka jest olbrzymia i zanim dotarliśmy do kasy, okazało się, ze nie zdążymy na pokaz, więc musimy czekac 90 minut. Okazało się, ze na pokaz wpuszczana jest określona liczba osób i trwa on ponad godzinę. Ten czas postanowiliśmy spędzić na pospacerowaniu i zjedzeniu lodów. Akurat, kiedy usiedliśmy w lodziarni, to się mocno rozpadało. Po lodach był już czas wracać na pokaz do Muzeum.





Żywe Muzem Piernika mieści się na 1wszym i 2gim piętrze średniowiecznej kamieniczki. Prowadzą tam bardzo wąskie schody, więc nie było opcji wnieść tam wózka. Plus dla Jasia, bo on uwielbia być na rączkach. Na miejscu okazało się jednak, że jest krzesełko dla niemowląt, więc wkładaliśmy tam Jasia, jak już bolały nas ręce. Z samego Muzeum nie mam niestety wiel zdjęć, ponieważ było tam słabe światło, a zdjęcia robiłam telefonem ;)
Muzeum okazało się magicznym miejscem. Sala na pierwszym piętrze wystylizowana była (z najdrobniejszymi szczegółami) na średniowieczną izbę. Również w stroje z epoki ubrani byli prowadzący pokaz. Poza tym swoje role zagrali jak zawodowi aktorzy - udawali średniowiecznych czeladników u piekarza. Głównym punktem było opowiedzenie historii toruńskich pierniczków, a potem warsztaty pieczenia. Hania i Jaś dostali na pamiątkę pierniczki a takze dyplomy czekadnicze. Pan prowadzący powiedział, ze Jaś to najmłodszy czeladnik jakiego widział ;)
Po krotkiej przerwie udaliśmy się na kolejnie piętro, gdzie naszym oczom ukazało się wnętrze XIX toruńskiej cukierni. Tu rownież zachowana została stylistyka tamtej epoki. W tej sali, prowadzacy pokazali pierwsze maszyny i pierwsze techniki pieczenia pierniczków już na większą skalę. Mogliśmy też obejrzeć przy pracy panią która zajmuje się dekorowaniem pierników. W sklepiku kupiliśmy też różne pieczniczki na pamiątkę dla nas i jako prezenty dla rodziny.





Potem pojechaliśmy jeszcze na obiad i pod wieczór wróciliśmy do hotelu. W drodze do hotelu zboczyliśmy trochę z drogi, żeby zobaczyć Świątynię Nowej Gwiazdy, ale z tego miejsca nie mam żadnych zdjęć, bo wokół było pełno tablic z zakazem fotografowania. Ogólnie obiekt olbrzymi, a teren wręcz monstrualny.
Po powrocie do hotelu, Rafał i Hania znaleźli jeszczę siłę na pluskanie w basenie. Ja byłam już jednak dość zmęczona i zostałam w pokoju z Jasiem. Tego wieczoru Jaś nie mógł zasnąć i fikał do 23. W końcu padł razem z nami w łóżku.

Dzień trzeci - 11.07.18

Nadszedł dzień powrotu do domu. Tego ranka dzieci obudziły się dość późno jak na swoje możliwości, bo po 8. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się, a przed samym wyjazdem obeszłam jeszcze z Hanią teren hotelu.










W drodze do domu, postanowiliśmy zejechac jeszcze do Ciechocinka, który jest bardzo blisko Torunia. Miasteczko znane na całą Polscę przede wszystkim z tężni solankowych i licznych sanatoriów. Jednakze miejscowość (może akurat tego dnia) wyglądała na zapomnianą i trochę zaniedbaną. Dużo lokali gastronomicznych było zamkniętych na cztery spusty i gdy zgłodnieliśmy to mieliśmy problem ze znalezioniem jakiegoś miejsca, gdzie dają jeść. W końcu znaleźliśmy budkę z fastfoodami. No głodny człowiek zje wszystko.
Tężnie okazaly się wielkim obiektem, nawet weszłyśmy z Hanią na punkt widokowy na jednym z odcinków. Potem zrobiliśmy spacer wokół tężni, myślę, że były to ok. 2 km. Tego dnia padał deszcz, a podobno tężnie najlepiej oddają solankę w dni słoneczne i upalne. Mam nadzieję, że mimo wszystko troszkę powdychaliśmy zdrowotnych oparów.
Myślę, ze Ciechocinek to nie tylko miejsce dobre dla emerytów, ale też ludzi potrzebujących prawdziwego odpoczynku w zdrowym mikroklimacie. Miasteczko jest naprawdę spokojne.







Do domu dotarliśmy pod wieczór. Wymordowani, ale zadowoleni. Byly to bardzo intensyene dni, ale wspomnień na całe życie. Dzieciaki super współpracowały, jestem dumna z naszych małych turystów.