poniedziałek, 28 listopada 2011

Miesiąc

Dziś nasza Hanula skończyła pierwszy miesiąc... Kiedy to zleciało? Przecież dopiero przedwczoraj wróciłyśmy ze szpitala!



Refleksje???

Z każdym dniem mam coraz większą ochotę schrupać tą moją Hanulę ;)))

PS. Dziś mija 9 lat, odkąd z Miaużonkiem jesteśmy razem. OMG.

piątek, 25 listopada 2011

wtorek, 22 listopada 2011

3 tygodnie (i jeden dzień) temu...

Zaczęło się w niedzielny ranek. Całą ciążę bałam się, że przegapię, ale tych akurat objawów naprawdę nie da się przegapić. Rano zaczął boleć mnie brzuch, tak typowo okresowo, potem przy okazji wizyty w WC zauważyłam ten słynny czop. I już wiedziałam, że to TO, tym bardziej, że byłam już 4 dni po terminie, a 02.11.10 r. miałam się stawić do szpitala na wywoływanie porodu. Miaużonek był w pracy, ale pod telefonem. Później była jeszcze wizyta teściowej (jak zwykle rychło w czas...) i panika połowy rodziny na wieść, że mam skurcze co ok. 15 - 20 minut. Skurcze stały się dość dręczące ok. godz. 22:00, wciąż nieregularne, ale dające już nieźle w kość, poza tym coś zaczęło się sączyć i sączyć, szybko prysznic, ubranie i jedziemy z Miaużonkiem do szpitala. Tam KTG, badanie i werdykt, że to skurcze przepowiadające i, że za parę dni pewnie urodzę, a przyjechać mam jak skurcze będą co 3 - 4 minuty, bo przecież mieszkamy tak blisko (fakt, 6-7 minut samochodem).

Wracamy do domu, jest 23:00, kładziemy się spać. Po pół godzinie już nie mogę ani stać, ani leżeć, skurcze dalej nieregularne - co 15 - 9 - 6 - 20 - 5 minut i tak w kółko, a boli tak, że chodzę na czworaka. O 03:00 zaczyna mnie już telepać z bólu, skurcze dalej nieregularne, ale pakujemy się i jedziemy. Na IP ekipa ma pewnie niezły z nas ubaw, ale przestaje być tak wesoło, kiedy okazuje się, że mam już 5 cm rozwarcia. Nie ma już czasu na zabawy w prysznic, piłki i inne porodowe atrakcje. Dwie godziny szalonych skurczy mijają bardzo szybko (tak szybko, że właściwie nie dochodzi do mnie, że to się już dzieeeeje!), pamiętam też kryzysowe 7 cm, kiedy byłam na miliard procent przekonana, że zaraz umrę. Jeszcze chwila i jest pełna dziesiątka. Niestety Heniorek w połowie utyka w kanale rodnym, zbiegają się chyba wszystkie położne na dyżurze, karzą mi dalej przeć, niestety KTG zaczyna szaleć, pojawia się wokół nas stu lekarzy, podtykają papiery do podpisu, szybko coś tłumaczą Miaużonkowi, wiozą mnie na salę operacyjną (swoją drogą ta jazda na wózku to był pełen hardcore, bo proszę sobie wyobrazić jakie to uczucie siedzieć, kiedy dzidziuś jest już prawie na zewnątrz...), hop na łóżko (znieczulenie w kręgosłup jednoczesne z mega skurczem, a nie wolno się ruszyć!), hop kroplówka, tlen, czuję błogie nic nie czucie, tylko ten dyskomfort za zieloną kurtyną i to ciśnienie w głowie. Wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, a ja czuję taki dziwny żal, że jednak sama nie urodzę Hanuli.

07:55 pokazują mi Hanulę, ta moją córeczkę która szła na świat z zadartą główką. Jest zwinięta jak rogalik, różowiutka i ma czarne włoski! Potem szycie, a ja słyszę jak Ona płacze, a ja tu leżę taka bezsilna. I z tego wszystkiego najgorsze było właśnie to, że w ciągu tych pierwszych godzin nie mogłam się nią zająć całą sobą. Tylko Miaużonek podtykał mi ją pod nos, a ja wciąż marudziłam, że widzę ją tylko z profilu, więc musiał zrobił jej zdjęcie en face i dopiero wtedy zobaczyłam jak ta moja Hanula wygląda.
Przez cały pobyt w szpitalu Hanula spała i musieliśmy budzić ją na karmienie. A takie pobudki trwały i do godziny... Otumaniona była biedula pewnie po tych kroplówkach moich, więc od drugiej doby ograniczałam się tylko do dwóch zwykłych tabletek przeciwbólowych, a położne mówiły, że twardziel ze mnie ;)

W miarę jak schodziło ze mnie znieczulenie i oszołomienie, dochodziło do mnie co się stało i jak źle było przez chwilę...

Potem już na oddziale największym szokiem było dla mnie jak tabuny obcych bab macają moje cycki. Rzeczywiście, w szpitalach panuje laktacyjny terror. Nas na szczęście ominęły cyckowe problemy (poza nawałem w trzecim dniu), jednak naoglądałam się mlekowych dramatów tyle, że do końca życia mi starczy. Jedna z położnych genialnie pokazała mi jak przystawiać malutką - poczekać aż szeroko otworzy buźkę, wtedy hop cyca w buzię i docisnąć główkę.

Poza tym zaskoczyło mnie też jak człowiek wyzbywa się wstydu. Jak ta nasza cielesność staje się taka... normalna. Tyle lat człowiek się krępuje, krępuje a potem w jednej sekundzie najintymniejsze rewiry tajnie strzeżone ogląda na raz ok. 10 osób, a człowiek mimo wszystko nie ma traumy jakiejś dajmy na to pourazowej ;), tylko bierze to jak coś najnormalniejszego w świecie. No chyba, że ten luz spowodowany jest otumanieniem polekowym ;)

Malutka pierwszą noc spędziła u położnych, ale od drugiego dnia była już ze mną non stop. W dzień przy Hani pomagali mi Mama i Miaużonek, ale nocami byłyśmy już same i nie powiem... ciężko było, bo zanim obróciłam się z boku na bok to mijały wieki, nie wspominając już o wstawaniu, które było cudem. Takim oto sposobem Hania noce spędzała ze mną w łóżku i tak na leżąco ją i karmiłam i przewijałam i lulałam. Niezłe wygibasy wyczyniałam na tym łóżku tak swoją drogą. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można z własnej woli decydować się na cesarkę...

Opieka w szpitalu? Miałam bardzo dobrą opiekę, dwuosobowy pokój z własną łazienką, położne zaglądające co godzinę i służące radą i pomocą co chwilę. Ale zastanawiam się czy to zaangażowanie i dobra opieka to standard, czy też dlatego, że byłam pacjentką zastępcy ordynatora i znajomą paru innych osób w szpitalu...

Już właściwie poród z dnia na dzień wydaje mi się abstrakcją. Podobnie jak ciąża, o której na razie przypomina mi jeszcze linia na brzuchu i rozciągnięty pępek. No i rozmiar brzuszka taki jaki miałam w 3 miesiącu ;) I pięć rozstępów na prawym cycku, które mam po mlekowym nawale (a już myślałam, że z ciąży wyjdę bez szwanku).

I jeszcze Miaużonek. Pamiętam, że się rozpłakał, jak zobaczył Hankę (kompletnie mnie to rozwaliło), potem pół dnia zachwycał się jaka to ona piękna i jaka to do niego podobna i oczywiście już zaplanował nam kolejną dzidzię. Wariat.

A teraz. Nie umiem opisać tego co odczuwam, kiedy patrzę jak Miaużonek zajmuje się Hanią. Jak nocy zrywa się, kiedy tylko mała zakwili (aż muszę go powstrzymywać przed tym lataniem za każdym pisknięciem ;), jak z nią rozmawia i ja na nią patrzy...
Serce się rozpływa.

UPDATE. A najlepiej skurcze znosiłam w pozycji na czworaka. Podświadomnie ciało układało się właśnie w tej pozycji.

niedziela, 20 listopada 2011

Notka o cycu

Przed chwilą przeczytałam ten o to wpis u Hafiji i tak mnie natchnęło na notkę o cycu ;)

Przed ciążą miałam rozmiar biustu prawie zerowy, więc ciocie dobra rada święcie wątpiły w to, czy piersią dziecko wykarmię. Przez całą ciążę nie wypłynęła mi ani kropelka mleka, a mimo to z mojego zerowego prawie biustu trysnęła rzeka mleka ;)

Hankę przystawiono mi do cyca właściwie od razu, jeszcze kiedy byłam sparaliżowana znieczuleniem. Malutka urodziła się o 07:55, a istotę ssania załapała jeszcze tego samego wieczora. Fakt, mordowałyśmy się cały dzień ;), a kilka kolejnych dni męczyłyśmy się po 15 - 20 minut, zanim mały ssak dobrze się zassał ;) Trzeciego natomiast dnia pojawiła się rzeka mleka i wtedy dopadł mnie pierwszy kryzys. Bo nie dość, że brzuch boli po cc to jeszcze ten ból piersi... Miałam ze sobą laktator, ale okazał się kompletnie do niczego i w potwornych boleściach musiałam użyć rąk własnych, coby troszkę tej nadwyżki się pozbyć, bo dziecię moje było na haju po moich kroplówkach przeciwbólowych i budziło się na karmienia z wieeelkim trudem. Drugi kryzys pojawił się już w domu, kiedy ciocie dobra rada zaczęły owe słynne tyrady o braku mleka, o bezwartościowym mleku, o nienajadaniu się, odciąganiu i sprawdzaniu poziomu tłuszczu itp. A, że tego dnia Malutka płakała i płakała, to płakałam razem z nią i myślałam jakie tu mleko trzeba kupić, bo dziecko głodne, a ja mam pewnie bezwartościowy pokarm, albo w ogóle go nie mam, bo mam podejrzanie miękkie piersi... Oczywiście czytałam o tych wszystkich trudnościach, objawach itp, ale ciocie dobra rada potrafią człowieka skutecznie otumanić swoimi mądrościami...

Wszelkie kryzysy skończyły się, kiedy odjechały wszystkie ciocie dobra rada, a my zostaliśmy sami. I kiedy w spokoju mogłam zacząć karmić Malutką, która notabene w ciągu 2 tygodni przybrała na tym moim mleku 450 g. I dziś wszelkie rady puszczam sobie bokiem, bo są ... warte.

PS. Miałam też w związku z karmieniem piersią taki hmm... kryzys cielesno - psychiczny ;). Bo nie dość, że wszędzie z tym cycem gołym (a ja dość wstydliwą osobą jestem) to jeszcze ten ssaczek mały objął go w swoje posiadanie i oddać nie chce. No i jak to? Tak na każde żądanie? A co ze mną? Będę tylko mlecznym cycem? I ten kryzys też sobie poszedł, jest czas i na karmienie i na sen i na miłą lekturę czy ciekawy film, a nawet i na ugotowanie obiadu i wyprasowanie sterty śpioszków. A karmienie Hani staje się z dnia na dzień coraz łatwiejsze i przyjemniejsze. I coraz sprawniej nam to idzie, niedługo może nawet będę umiała jednocześnie karmić i pisać na klawiaturze ;)

Spacery

Uwielbiam spacery z Hanką. Na szczęście mamy blisko piękny i duży park z milionem alejek :)

Bardzo się wtedy relaksuję. I odpoczywam. I taka... dumna się czuję pchając przed sobą tą moją Hankę :)

PS. Hanka leży sobie opatulona, więc chłody jej nie straszne (mam nadzieję), a ja musiałam zainwestować w czapkę (Ja i czapka. Cud. Ale z drugiej strony ja i dziecko to też cud ;) i mega ciepłe rajtuzy i rękawiczki. Bez tego ani rusz. I śmigamy tak sobie z córą, choć w mżawkę spacer to nie najlepszy pomysł, bo matka z zachlapanymi okularami to matka stwarzająca niebezpieczeństwo na drodze ;) (a na kontakty oko mam zbyt wrażliwe brakiem snu płynnego).

czwartek, 17 listopada 2011

Zdjęciowo

A kuku!


Co to za włochaty potwór?


Hanka przedspacerowa na odlocie poobiadowym ;)


Autoportret połamańca z córką (bardzo ciężko zrobić sobie samemu zdjęcie z dzieciem na piersi)



PS. A dziś po raz pierwszy spędziłyśmy same całą, długą noc, ponieważ Miaużonka praca wezwała. I nie powiem, w pewnym momencie kursując pomiędzy pokoikiem a kuchnią (kosz na pieluchy)zamroczyło mnie z lekka, nie trafiłam w drzwi, a we framugę i mam dziś limo no głowie. Zwykle nocami małą podaje mi i przewija Miaużonek, ja tylko otwieram i zamykam bar mleczny ;), więc pomoc mam ogromną.
Ale dałyśmy radę ;)

środa, 16 listopada 2011

Miny mojej Hanki

Moja Hania strzela takie miny w trakcie jedzenia, że Jim Carrey się chowa i wstydzi ;).

Hanka przy cycu ma chyba jakieś odloty, bo czasem aż wywala gały do góry nogami, a ja trzęsę się ze śmiechu tak, że o mało co jej tego cycusia z ust nie wytrącam. A największy odlot jest już po jedzeniu, kiedy Hanka leży, wzdycha i cała jest rozanielona taka. Muszę jakoś zrobić jej zdjęcie ku pamięci, bo widoki są nieziemskie ;)

PS. Dziś już trzeci raz byliśmy na spacerze i dopiero teraz zauważam jakie mamy chodniki beznadziejne, jak dużo utrudnień komunikacyjnych, ile brakujących podjazdów i zjazdów. Wcześniej w ogóle tego nie dostrzegałam. I nie chodzi tylko o mamy z wózkami, (bo takowe jak się zaprą to wózek podniosą)co o osoby na wózkach inwalidzkich np., albo chociażby o kulach. Porażka. Zanim dochodzimy do pobliskiego parku jestem już wykończona omijaniem dziur, wyrw i szukaniem krawężnika niższego niż 15 cm. Hanką telepie w tym wózku, że aż jej główka lata na wszystkie strony, ale śpi twardo (tfutfu), chyba od nadmiaru tlenu... bądź spalin tych okropnych.

poniedziałek, 14 listopada 2011

2 tygodnie

Dziś nasza córeczka kończy dwa tygodnie. Zbyt szybko płynie ten czas, aż mi się płakać czasem chce, kiedy spoglądam na zegarek a tu już cały dzień za nami. W ciąży czas biegł jak szalony, a teraz to już w ogóle galopuje.

Póki co, wciąż się dopasowujemy do siebie. Hania budzi się na jedzenie różnie - co dwie, trzy, a czasem i prawie cztery godziny. Czasami dopada ją "ból istnienia" jak mawiamy z Miaużonkiem i wtedy trzeba utulić, ululać i wycałować tą naszą pchełkę małą.

Ale wciąż największym zaskoczeniem jest dla mnie to, jak człowiek wyzbywa się tego egoizmu i jak uczy się cierpliwości. Czasem sama nas dwojga nie poznaję ;)

Co do mnie i mojego ciała, to już właściwie nie pamiętam, że jeszcze niedawno tak bolało ;). Fakt, niczego nie noszę i póki co na spacerki chodzimy z Miaużonkiem (ktoś musi znieść nasze taboły z III piętra), ale właściwie śmigam jakby nigdy mnie nie pocięli ;) Co do wagi, to nie wiem ile mi ubyło, bo wagi w domu nie posiadam, więc pewnie zważę się dopiero u naszego pana dohtorrra.

Zbieram się też do napisania notki o porodzie, żeby było tak ku pamięci. Pewnie ten opis będzie inny, teraz po 2 tygodniach niż gdybym pisała dzień po, ale moją naczelną myślą jest wciąż to, że pomimo tylu opowieści, ton przeczytanych książek i gazet, nie byłam przygotowana na takie doznania.

piątek, 11 listopada 2011

Nas troje plus pies

Dziś po raz pierwszy od porodu jesteśmy w trójkę, a właściwie czwórkę, bo Czworonog to nasz pierworodny ;)))

I jest cudnie :) KLIK i wszystkie elementy są na swoim miejscu. Muszę się tylko pilnować, żeby nie sterczeć non stop nad łóżeczkiem, ale... po prostu nie mogę się napatrzeć na tą moją Hanulkę.

A kiedy patrzę na tych dwoje, to...



momentalnie mam fontannę z oczu...

PS. Hanulka ładnie je z piersi, a ja właściwie poza jedną dobą nawału jakoś sobie radzę z tym karmieniem, choć na początku ze względu na cięcie karmiłam ją tylko na leżąco. Potem był rogal, a dziś już jemy prawie w każdej pozycji ;). W nocy mamy dwie pobudki, a póki co (tfu! tfu!) Heniorek śpi po 3- 3,5 h, więc jesteśmy w miarę świadomi dnia, miesiąca i roku ;)

Na razie werandujemy, dziś dobijamy do 20 minut, a jutro czeka nas pierwszy spacer, na który z wytęsknieniem czekam przede wszystkim ja ;) Coby to włos zrobić i ubrać coś innego niż legginsy i bluzę ;)

środa, 9 listopada 2011

Sama

Chyba jestem egoistką, ale wolałabym już zostać z Hanią sama... Od porodu jest z nami moja mama i właściwie od ponad tygodnia mam wieczne poczucie winy, bo Hania NAPEWNO się nie najada, bo PRZECIEŻ ona nie ssie tylko się bawi, jak możesz oglądać TV i nawet nie zajrzeć do dziecka, OBUDŹ ją już minęły 3 godziny, ona ma ZIMNE nóżki przykryj ją czymś i tak w kółko od tygodnia. Oczywiście nie mogę pisnąć słowa, bo zaraz będzie, że DEPRESJA POPORODOWA. Jestem tak spięta, że zdrętwiała mi połowa kręgosłupa.

Boszzzz. Nie mogę przecież Mamy z domu wypędzić. Pomaga OGROMNIE i widzę jak się cieszy z wnusi, nie mam sumienia odbierać jej tych chwil, ale w duszy... No właśnie. Jeszcze kilka dni przed nami z MEGA NADOPIEKUŃCZĄ babcią. Panie, daj cierpliwość.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Tydzień

Dziś nasz Heniorek kończy tydzień.


A wczoraj zaliczyłyśmy pierwszą akcję pt. "Córko nie wiem o co ci chodzi." Od godziny 17 do 21 Hanula najedzona, przebrana i utulona mimo wszystko marudziła i marudziła. I co pomogło? Włączyłam jej muzyczkę, tą którą Heniorek słuchała będąc jednocześnie w brzuszku. I ten widok - mojej córci słuchającej tej naszej muzyki tak mnie rozwalił, że szok :)

sobota, 5 listopada 2011

Hania...






***
Jestem właściwie zdziwiona tym, jak szybko zapomina się o bólu, który się przeszło. Albo o kilkunastu razach, kiedy ni licho nie mogłam przystawić Hanuli do cyca, albo kiedy te cyce były wielkości arbuzów o temperaturze szkła w hucie ;)

Poród? No cóż... rodziłam naturalnie, a cesarkę dostałam w gratisie ;) Rodziła nam się ta Hanka z łepkiem w górę zadartym i właściwie w ostatnim momencie lekarze zdecydowali o cesarce. Pierwsze dni było no cóż...dość ciężkie. Ni wstać, ni obrócić się, ni dzieckiem zająć, ale teraz z godziny na godzinę jest już lepiej. Przede wszystkim mogę wziąć moją Hanulę na ręce bez obawy, że ją wypuszczę z bólu ;) i napawać, napawać, napawać się tą moją córeczką :)

PS. Acha. Nie zapominajmy o naszym Czworonogu, który od wczoraj pilnuje Hani non stop.

piątek, 4 listopada 2011

Nasza córeczka jest z nami od 31.10.2011 od godz. 7:55. Urodziła się z wagą 2,9 kg i długością 55 cm,przez cesarskie cięcie spowodowane tym,że rodziła się z główką odchyloną do tyłu,więc miałam poród 2w1... Od dziś jesteśmy w domku,więc więcej napiszę jak się tylko ogarniemy :)