niedziela, 31 lipca 2011

Lipcopad się konczy...

...jutro już sierpień, potem wrzesień i ten nasz październik. Ale ten czas leci, ale leci. Pamiętam tą lutową, zimną i szarą niedzielę, kiedy to zrobiłam test, a w brzuchu była dosłownie mała kropeczka. A dziś, prawie siedem miesięcy później - też jest niedziela, też szara, choć ciepła i ta moja kropeczka jest już tak duża, że nie sposób nie zauważyć jak się rusza w brzuchu.
Każdy dzień tej ciąży staram się zapamiętać jak najmocniej, celebruję wręcz ten czas, sto razy dziennie przeglądam się w lustrze, noszę tylko i wyłącznie dopasowane ubrania, żeby ten hanulkowy domek był jak najbardziej widoczny. Zwalniam, zostawiam gdzieś tam w kącie wrodzoną nerwowość, właściwie cała jestem spokojem, dobrymi myślami. I mam nadzieję, że mojej córce jest dobrze ze mną. Bo dla mnie, te chwile, to najpiękniejszy czas w moim życiu. Bo nigdy przenigdy nie czułam się tak pewnie siebie i spokojnie :) I bardzo siebie lubię teraz. Nie tylko za super cerę, mega twarde paznokcie i lśniące jak nigdy włosy ;) I nawet się nie przejmuję moimi udami z galarety i latającym tyłkiem (dosłownie! sprawdzone), choć taki stan byłby kompletnie nie do pomyślenia jeszcze parę miesięcy temu!


PS. A w piątek zaczynamy remont naszego nowego mieszkanka. Dotychczasowy dom wygląda jak magazyn, a ja jak słoń w składzie porcelany ;). Mój wrodzony pedantyzm został wystawiony na olbrzymią próbę, bo jak tu zachować idealny ład w pomieszczeniach zastawionych w połowie kartonami, foliami i torbami? Już dałam sobie na spokój, choć początkowo pół dnia spędzałam na próbach zapanowania nad tym chaosem.
Poza tym w nowym mieszkaniu zmieniamy jednak terakotę w holu i kuchni oraz glazurę w kuchni. Trochę to niespodziewany wydatek, który trochę też spędza mi sen z powiek, bo nie wiem czy wyrobimy się finansowo, bo w kolejce na zakup czekają jeszcze meble dla Hani i sofa do salonu :/ Ach z tymi remontami. Zawsze wychodzi o milion więcej niż człowiek planuje i ma. Pocieszam się, że kafelki są tak ładne (gres a la toskania), że jednak było warto.

Nasze meble są w kolorze gruszy, a kafelki wybraliśmy bez tego podłużnego dekoru:


Na podłogę do kuchni i holu - terakota w tym jaśniejszym odcieniu. Wszystko będzie ułożone w karo, a na środku kwadrat z dekoru. Ściany w przedpokoju na 99,9 % będą w odcieniu pachnący cynamon z Dekorala, więc będzie fajny kontrast.

środa, 27 lipca 2011

W fotograficznym skrócie

Jutro zaczynamy 28 tydzień (mieszkanka brzucha coraz widoczniej się przemieszcza, a obserwowanie jej akrobacji to moje nowe hobby):


(Swoją drogą, zdjęcie standardowo z ręki, więc moja figura wygląda dość interesująco - wielka łapa, okrągły brzuch i małe, krótkie nóżki hm...)

Poza tym Czworonog w końcu miał wizytę u fryzjera i odkąd został pozbawiony nadmiaru odwłosienia, dosłownie fruwa po mieszkaniu:



A ja dalej w kartonach, gazetach i foli bąbelkowej ...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Dwa dni

u rodziców jednych i drugich. Dwadzieścia kilo do przodu. Dwieście kilo jedzenia w bagażniku. Obie mamy bardzo na serio wzięły moje niskie żelazo. Suszonych śliwek, moreli, zamrożonego szpinaku i brokułów, barszczu w słoikach i słoików buraków mam na około 5 lat.

Te moje plus 9,5 kg to jedynie preludium...

sobota, 23 lipca 2011

Oj panie dziejku

Ale okropną jesień mamy tego lata. Szaro, buro, mokro, ledwie kilkanaście stopni powyżej zera. Choć sytuacja taka ma też plusy - brak zadyszki i opuchlizn u letnich ciężarnych. I w miarę zgrabnie się czuję, a to bardzo przyjemne uczucie.

Ponieważ pogoda okropna, a Miaużonek jak codzień wybywa do pracy, biorę się za pakowanie. Godzina przeprowadzki coraz bliżej. Dziś na taśmie porcelana, więc dobrze, że nie ma tych upałów, bo z serdelkami zamiast palców, mogłabym narobić nie lada szkód w inwentarzu naszym domowym ;)


PS. Hanulka nie lubi być głodna. Dziś obudziła mnie o 5.58 stanowczo, stanowczo domagając się kanapki z serkiem i pomidorem.

czwartek, 21 lipca 2011

Opowieść nienarodzonego dziecka

Zaczęło się tak: tata przez całe popołudnie coś tam w kuchni pichcił. Chińszczyzna to jego danie popisowe. Mama zapaliła świece – wiadomo, żeby zrobić nastrój. Puścili sobie fajną muzyczkę, zjedli i... dalej to ja już niestety nie wiem, co było, bo musiałem walczyć o „swój kawałek podłogi”. Zrobiło się strasznie ciasno, co sekundę dokwaterowywali nam trzy tysiące nowych plemników. Normalnie nie było czym oddychać! Na dodatek każdy się wiercił. Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Nie pamiętam, kto krzyknął „naprzód!”. Ruszyliśmy...

1. miesiąc - wielki wyścig
Wystrzeliliśmy jak z procy. To była prawdziwa walka na śmierć i życie. Musiałem pokonać prawie półmetrowe, zwinięte nasieniowody. Potem cewka moczowa, a dalej... Kochani, dalej to był inny świat. Pochwa, macica, jajowody. Lecieliśmy wszyscy na złamanie karku. Peleton wciąż przyspieszał. Najsłabsi odpadali. Na ostatniej prostej z 400 milionów zostało nas tylko kilka tysięcy, większość wyczerpana. I wtedy ją ujrzałem: gigantyczną kulę o średnicy 0,2 milimetra. Komórka jajowa. Piękna. Nie miałem wątpliwości – przede mną meta. Nie było łatwo się do niej dostać. Resztką sił odpaliłem swoją enzymatyczną piłę łańcuchową, rozciąłem otoczkę i wcisnąłem się do środka. Ha! Wszyscy próbowali, ale udało się właśnie mnie. Drugiego miejsca nie przyznano, bo w tej konkurencji zwycięzca bierze wszystko! Wyścig był naprawdę morderczy, po drodze zgubiłem mój ogonek, ale coś mi mówi, że było warto...

2. miesiąc - jak samotna rybka
Wiecie co? Nie jestem już przystojnym plemnikiem. Przypominam galaretkę. Albo kijankę. Czy może rybkę? Dziś, bo jutro mogę przypominać coś całkiem innego. Wszystko zmienia się z sekundy na sekundę. Wyrosły mi ramionka i nóżki z paluszkami. Po bokach głowy mam dwie ciemne plamki i dwie dziurki. To chyba będą oczy i uszy. Nie chwaląc się, mam już kilka osiągnięć. Udało mi się odczepić od ściany macicy i znów mogę się poruszać. Wprawdzie nie tak szybko jak we wczesnej młodości, ale jest nieźle. Próbuję otwierać buzię (choć na razie nie jestem w tym mistrzem). Za to wczoraj dokonałem wiekopomnego odkrycia: mam serduszko! Malutkie jak ziarenko maku, a bije jak oszalałe. Prawdziwa rewolucja dzieje się w środku mojego ciała. Mam kręgosłup i żebra grubości włosa. Rosną mi płuca, wątroba, nerki, mózg. Wszystko naraz. To strasznie męczące. Najgorsze, że odwalam całą robotę i nie mogę nawet liczyć na pomoc. Zresztą, czy ktoś w ogóle wie o moim istnieniu? Hej, hej! To ja! Tu jestem!

3. miesiąc - tato, mamo, to ja!
Mama już wie. Postarałem się o to. Wykorzystałem cały wachlarz możliwości: mdłości, huśtawkę nastrojów, senność, wrażliwość na zapachy, trądzik, zachcianki... W końcu cel uświęca środki, prawda? OK, może trochę przesadziłem, ale trzeba dziewczynę przywołać do porządku. W końcu będzie moją mamą. Musi o siebie dbać. Moja strategia przyniosła efekty. Mama już nie pali i dużo wypoczywa. Przestała wysiadywać po nocach przed komputerem. Ulżyło mi. Godzinami byłem ściśnięty jak sardynka. Kobieto! Ja mam już prawie sześć centymetrów i potrzebuję przestrzeni! Zaczynam przypominać człowieka. Mam już wszystko, co trzeba. Nawet powieki i paznokcie. Tylko głowa jakaś taka za duża. Za to twarz – poezja. Wyraźna szczęka, podbródek, całkiem fajna górna warga. Nosa jeszcze brak, są tylko dziurki. Ale ze mnie przystojniak. Mama jeszcze nie wie, ale wam zdradzę już ten sekret: jestem chłopcem. Wyrosły mi jądra i malutki penis (co jak co, ale ten to na pewno jeszcze urośnie!).

4. miesiąc - zaczynam trening
Powoli oswajam się z sytuacją. Mam tu ciepło i cicho. Miejsca sporo, więc fikam, ile mogę. I zacząłem ssać palec. Drobiazg, a cieszy. Czasem łyknę sobie trochę tego płynu, w którym pływam. Słodki. No więc piję, siusiam... i tak to się kręci. Cały pokryłem się miękkim meszkiem. Mam brwi. A jak za długo kopię, to zaczynam się pocić. Dziwne, nie? Przerzucam się wtedy na spokojne ćwiczenia oddechowe. Człowiek nigdy nie wie, co może się w życiu przydać. A propos ćwiczeń. Nauczyłem się wydymać policzki i marszczyć czoło. Czuję, że w robieniu min jestem bezkonkurencyjny. I mam taki śmieszny, zadarty nosek. Martwi mnie tylko, że staję się coraz bardziej wrażliwy. Wystarczy najlżejsze muśnięcie pępowiny, a cały aż staję na baczność. Takie przygody zakłócają mi drzemkę, a dopiero odkryłem jej uroki. Domyślam się, skąd ta nadwrażliwość. Co minutę w mózgu tworzy mi się aż 250 tysięcy nowych komórek nerwowych. Coraz wyraźniej dociera do mnie, jaki jestem unikalny. Jedyny na świecie. Mam już nawet linie papilarne. Tylko czy komuś potrzebne są moje odciski palców?

5. miesiąc - kopię, kopię!
Udało mi się nawiązać kontakt z mamą! Hura! Zaczynałem już wątpić, że to możliwe. Kopałem, kopałem i nic. Aż któregoś dnia źle wyliczyłem zakręt i z całym impetem moich 30 deko uderzyłem w ścianę macicy. I wtedy mama... poklepała się w to miejsce. Odpuknąłem jej. A ona się rozpłakała! Normalnie mnie zamurowało. Ach, te kobiety... Od tamtej pory coś się między nami zmieniło. Zaczęła do mnie mówić! Nazywa mnie swoim Groszkiem. Często mnie głaszcze. A ja to uwielbiam! Do tej pory słyszałem tylko bulgotania z brzucha mamy. Teraz stopniowo zaczyna do mnie docierać coraz więcej dźwięków. Najmilszy jest głos mamy. Taki ciepły... Słów wprawdzie jeszcze nie rozumiem, ale wyczuwam, kiedy mówi do mnie, a kiedy do taty. Nie znoszę, jak się kłócą. Oboje wtedy krzyczą. Najchętniej gdzieś bym się schował, ale gdzie? Kulę się w sobie i czekam, aż im przejdzie. Na szczęście zawsze się godzą. A jak się przytulają, to robi mi się tak błogo jak w niebie. Wczoraj byliśmy wszyscy u miłego pana doktora. Zdaje się, że próbowali mnie podejrzeć.

6. miesiąc - ups, był wypadek
Nie spodziewałem się takich przeżyć. Jakiś czas temu zacząłem obrastać w tłuszczyk. Ważyłem już prawie kilogram. Nauczyłem się robić nóżkami rowerek i trącać pępowinę. Czułem się pewnie i to chyba uśpiło moją czujność... Mama wymyśliła malowanie pokoju „dla dzidziusia”. To się chyba nazywa syndrom wicia gniazda czy jakoś tak. Wszystko byłoby dobrze, gdyby pozwoliła wykazać się tacie. Ale ona oczywiście sama musiała wszystkiego dopilnować. Weszła na drabinę, poślizgnęła się i spadła. A ja razem z nią. Nieźle mną huknęło. Na moment mnie zamroczyło. Potem zrobiło mi się zimno i nie mogłem się poruszać. Tata od razu zawiózł nas do szpitala. Po drodze złamał chyba wszystkie przepisy. Szkoda mi ich było. Mało nie oszaleli z rozpaczy. Na szczęście w porę trafiliśmy w fachowe ręce. Uff... Wszystko dobrze się skończyło. Teraz mama musi się oszczędzać. Chyba się nieźle wystraszyła, bo ciągle leżymy na kanapie i gadamy przez telefon. To znaczy ona gada, a ja słucham. Tylko dzisiaj zrelacjonowała naszą przygodę dwanaście razy. Ostatecznie wolę jednak to niż sporty ekstremalne. Aha! Z nowości: już dwa razy dostałem czkawki.

7. miesiąc - zatańcz ze mną...
W końcu udało mi się otworzyć oczy. Wprawdzie wokół półmrok i widoki mizerne, ale mruganie bardzo mi się podoba. Przy okazji okazało się, że mam całkiem fajne rzęsy. Od czasu do czasu razi mnie silne światło. Obliczyłem, że ważę około 1300 gramów. Od czubka głowy do stóp mam 40 centymetrów. Tyle że nie mogę się już wyprostować. O fikaniu koziołków można zapomnieć. Jedyny sport, jaki uprawiam, to przeciąganie się. Też niezłe. ň propos przyjemności. Uwielbiamy sobie z mamą dogadzać. Lubię ciepłą kąpiel i muzykę. Nie, nie poważną. Mama próbowała mnie namówić na Mozarta. Nie wiedziałem, co jest grane: przecież zawsze słuchała rocka! Na szczęście długo nie wytrzymała. Teraz słuchamy dużo spokojnych, optymistycznych kawałków. Albo nawet tańczymy. Ach, co to musi być za kobieta! Oddałbym pół pępowiny za to, żeby choć przez chwilę ją zobaczyć. Czasami mi się śni, że się do niej przytulam, tak z zewnątrz. I jest mi wtedy tak dobrze...

8. miesiąc - jestem wielki!
Uff, co za ciasnota. Przekręciłem się głową w dół i teraz nie mogę się ruszyć ani w tę, ani w tę. Muszę wyglądać dziwnie. Ręce i nogi skrzyżowane, kolana pod brodą, a broda przyciśnięta do klatki piersiowej. Coraz mniej mi się to podoba.
Na dodatek ktoś cały czas do mnie puka. Proszę państwa! Ja wszystko rozumiem. Każdy chce dotknąć brzucha na szczęście. Ale co byście powiedzieli, gdyby ktoś wam cały czas tak walił w ściany? Postanowiłem ignorować te zaczepki. Udaję, że mnie nie ma. No, chyba że to mama albo tata. Ich puknięcia rozpoznaję od razu. Śmieszy mnie, jak tata łapie mnie za kolano i podekscytowany wykrzykuje: „Łokieć! Łokieć!”. Szczerze wam powiem, że jest już za co złapać. Zrobiłem się pulchny (codziennie przybieram 10 gramów), a tu i tam pojawiły się nawet małe dołeczki. Skóra też coraz ładniejsza. Cud, nie dziecko. Od czasu do czasu odzywa się we mnie taka jakaś tęsknota. Mam wrażenie, że coś mnie omija. Z czego mama się śmieje? Czego babcia nie może się doczekać? Dlaczego pan doktor próbował niedawno dotknąć mojej głowy?

9. miesiąc - atakuję z główki
Wkrótce wydarzy się coś wielkiego. Skąd to wiem? Po prostu czuję i już. Jestem coraz większy (ważę jakieś trzy kilo, mierzę 50 centymetrów) i myślę, że warunki, w jakich się muszę męczyć, to prawdziwy skandal. Mama też chyba w nie najlepszej formie. Głównie stęka. Też bym sobie postękał, ale nie umiem. Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Nic nowego mi nie wyrasta. Nic się nie powiększa. Łykam, siusiam, śpię. Chociaż... właśnie coś się ruszyło. Ludzie! Woda mi ucieka! W czym będę pływał? Mama chyba doceniła powagę sytuacji. Dzwoni po tatę: „Kochanie, rodzimy!”. Nie ma sprawy, ze mną jak z dzieckiem. Możemy rodzić. Wszystko wokół zaczyna falować. Coraz częściej i coraz mocniej. Mój własny domek się wokół mnie zaciska, wypycha mnie, a ja nawet nie mam się czego przytrzymać. Ej, chwila, tylko bez takich numerów! Walczyć czy uciekać? Oczywiście, że walczyć! Tylko jak?! Czym?! Wiem, zaatakuję teraz z główki. Wezmę rozpęd i... aaaaaa!!! Jejku... Ale numer. Jak pragnę zdrowia! Zdaje się, że właśnie przyszedłem na świat.


źródło: babyonline.pl

***

Normalnie się popłakałam.

Kobieta domowa

od dziś jestem na L4. Dziwne uczucie. Nie gnać. Nie spoglądać nerwowo na zegarek. Podobno pierwszy dzień najtrudniejszy. Trochę taki detoks. I tak czuję, że cud się zdarzył, tj. obyło się bez jęków, min i marudzenia współpracowników.

Dobra, idę zapoznać się z domem ;)

środa, 20 lipca 2011

Badanie

tak na szybciutko wpadam, bo padam z nóg. Dziś byliśmy na badaniu i nasza córcia w 26 tc ma 780 g i poza tym wszystko jest w porządku. Ja mam (o zgrozo!!!) +11 kg i niestety lecącą na łep na szyję hemoglobinę.

I L4 od jutra.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Studniówka

Świętujemy dziś ;) Sto dni nam zostało do spotkania po drugiej stronie brzucha.

Btw w środę mam wizytę u dohtorrra i właściwie od tego dnia zamierzam przejść w stan spoczynku zawodowego. Dużo czynników się na to składa. A medalu za zasługi i tak nie dostanę, więc sprawa jasna.

Bez tytułu

Nie wiem jak dotrwam w tym upale do 18stej. Jestem w pracy dopiero od 20 min. i juz padam z nog :(

niedziela, 17 lipca 2011

Jedno wiem, że...

już nic nie wiem ;). Wieczór z katalogami skutecznie pozbawia mnie pewności co do kolorów, faktur, tkanin itd.



Poza tym nie wierzę, że już jutro poniedziałek i trzeba iść do pracy. Trzy wolne dni skutecznie mnie rozleniwiły, rozpieściły i w ogóle zapomniałam na tę parę dni, co znaczy stres i totalne zmęczenie. A na dodatek dziś rodzice zrobili mi niespodziankę - przyjechali 50 km, żeby przywieść mi świeżutką drożdżówkę i zabrać mnie na lody! Takich to mam kochanych "staruszków" :)

PS. Jutro nasza 100dniówka!!!

sobota, 16 lipca 2011

:/

Korzystając z wolnej soboty, zabrałam się za pakowanie naszych rzeczy - wszak 01.08.11 zwalnia się nasze nowe mieszkanie... Zabrałam się za naszą, a właściwie moją szafę w sypialni. I... bosszzz mam normalnie takie wyrzuty sumienia, że szok. Okazało się bowiem, że jestem zakupoholiczką. Mam tyle butów i ubrań, że szkoda gadać.
Normalnie mam kaca moralniaka i mam ochotę pociąć moją kartę płatniczą.
:/


PS. Same rzeczy zimowe zajęły już dwa ogromne kartony.
Boże.

środa, 13 lipca 2011

MMS-y od Babci

Podaję dalej, bo normalnie rzecz ku pamięci:


Rożek (zawartość normalnie mnie rozwaliła ;)


Kocyk pluszowy, podobno efekt 3d ;)

Babcia nas rozpieszcza.

Nudna jestem...

z tymi zdjęciami...



ale uwielbiam ten widok na hanulkowy domek ;)

PS. Jak uszczęśliwić psa?



Normalnie mała rzecz, a cieszy :)

wtorek, 12 lipca 2011

Varia

Właśnie siedzimy z córcią i pałaszujemy lody w polewie czekoladowej (cały dzień mam wręcz dramatyczną chęć na s-ł-o-d-y-c-z-e) i słuchamy sobie Leonarda Cohena (btw - zostałam urodzona przy jego "Dance me to the end of love" i tak już mi to słuchanie zostało na całe życie) . Odpoczywamy, bo ostatnimi czasy ledwo dajemy radę przepracować te ustawowe 8 godzin :/ i po powrocie do domku padamy, padamy z nóg normalnie. Napisałabym jeszcze wiele, ponarzekała i poprzeklinała sobie, ale niech to będzie miejsce optymistyczne ;), więc "the rest is silence".

Jutro zaczynamy 26 tydzień i wyglądamy tak (zdjęcie w pracowej szatni i z ręki oczywiście, więc takie nieforemne jak zwykle ;):



Poza tym, ostatnimi dniami Hanula normalnie się rozbrykała, bo czuję ją właściwie bardzo często przez cały dzień, a nie jak dotychczas tylko późnymi wieczorami. W następną środę mamy wizytę u doktora i już nie mogę się doczekać, kiedy podejrzymy naszą dziewczynkę :).

Poza tym przeprowadzka zbliża się wielkimi krokami. Miaużonek przywiózł już pierwszą turę kartonów, które będziemy się pakować. I oczywiście zastawił mi szafę. Ciekawe w co ja się jutro ubiorę?



Właściwie całymi dniami zastanawiam się nad kolorami ścian, nad meblami, nad różnymi pierdółkami. Natomiast wypieram ze świadomości moment pakowania naszych rzeczy. Nawet w myślach mnie to przerasta! Ale cóż, powoli muszę się przełamać. Przez te dwa lata nazbierało się nam oj nazbierało tych kubeczków, książek, obrazków, koszyczków, słoiczków.

Ale tak naprawdę to cieszę się jak c-h-o-l-e-r-c-i-a ;) i już nie mogę się doczekać.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Niech ktoś zatrzyma...

ten czas. Jeszcze nigdy nie "leciał" tak szybko. Zaraz 26 tydzień, połowa lata, kila tygodni do przeprowadzki. Kiedy zamykam oczy mam w głowie prawdziwego rollercostera.

Zwalniam dopiero późnymi wieczorami. I najlepszy sposób na relaks - książki, Czworonog, Miaużonek. Wszystko w jednym łóżku. Śmiesznie wyglądamy, każdy prawie spada, ale za to jest nam ciepło i wesoło ;).

sobota, 9 lipca 2011

Nnno!

W końcu widać słońce. I można ubrać coś innego niż sweterzysko i długie spodnie. I wyciągnąć przykurzone sandałki, które okazują się za małe conajmniej o 100 rozmiarów. Mam takiego nogala, że hoho! Zmieszczą się chyba tylko w gumiaki jakieś albo kapcie. Ale jak tu lansować się po mieście w kapciach? Bo z okazji pogody mam zamiar namówić Miaużonka na romantyczny wieczór na Starówce. No, sukienka, bucik itp. A skończy się chyba na dresie, bo kiedy temp. przekracza 25 stopni, to ja normalnie potrajam swoje rozmiary!

Btw. męża przekupuję smakołykami. Dziś sałatka hawajska w ilości hurtowej. Z bagietką długości metrowej.

wtorek, 5 lipca 2011

Wyprawka vol. 1


Ubranka dla naszego Krasnalka. U babci czeka jeszcze ok. 80 sztuk. Od rozmiaru 56 do 74. Babcia bardzo zapobiegawcza jest :).



Prezenty od mojej siostry - bluza, śpiworek i czapeczka - miś. Słodkie do niemożliwości normalnie ;)



Kocyki w przekłamanych kolorach. To ecru i blady żółty :/



Komplet do łóżeczka - prześcieradełka na gumce, 2 przyborniki, ochraniacz i na później - poszewki na kołdrę i poduszkę.



:)



Przewijak. Nie spodziewałam się, że będzie hmm... ciężki.



Czworonog powoli oswaja się z nową sytuacją ;). Zakupy obwąchane sumiennie.

***
Lista zmniejsza się powoli, acz systematycznie w miarę. No, ale największe (czyt. najdroższe zakupy jeszcze przed nami).
Wózek? Skłaniam się ku wielofunkcyjnemu Babyactive Jet Alu. Przede wszystkim na jego wagę (3 piętro!), koła (zima zima zima), kosz, możliwość zmiany kierunku jazdy i oczywiście cenę. Niestety jak to ostatnio bywa właściwie ze wszystkim, w sklepach internetowych ceny o 150 - 250 zł niższe w niż tzn. "hurtowniach". Pewnie po próbach na żywo zdecydujemy się na zakup internetowy.



Łóżeczko dostaniemy w spadku, ale czeka na nas kompletne meblowanie pokoiku już w nowym mieszkaniu i strasznie spodobały się nam mebelki z serii Commodo:


Wielofunkcyjna szafa


Taka "podręczna" szafka

i...


komódka z szufladami.

No nic. Teraz tylko skok na bank i realizujemy plany ;)

PS. Malutka to normalnie prawdziwa kobietka, bo jak tylko zaczynam przeglądać jej ubranka, albo w ogóle planować zakupy, bo szaleje w brzuchu, jakby normalnie chciała powiedzieć : "Mamo to! I jeszcze to! I to!".

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wyciskacz łez

Wczoraj James Patterson i jego Pamiętnik pisany miłością, a dziś film pt. Życie przed życiem.

Przekroczyłam roczną dawkę wzruszeń.

Wagary

byłam dziś w pracy tylko dwie godziny i poszłam na wagary. Trochę gryzie mnie sumienie, bo dziś właściwie drzwi się nie zamykają i któraś z dziewczyn będzie musiała pracować za mnie. Ale z drugiej strony - ledwie doszłam dziś do pracy - dopiero dziś dopadło mnie zmęczenie po weekendowym lataniu. I po dwóch godzinach w pracy myślałam, że wykorkuję - nie usiadłam ani na chwilkę, więc do 18 byłabym trupem zapewne.

Zaraz się kładę i postanawiam spać do wieczora.

Poza tym muszę się zebrać i obfotografować rzeczy, które mamy już dla Malutkiej. A mamy tego, oj mamy :)

Dobranoc.

PS. Z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że Szanowny Miaużonek jest od 02.07.2011 dyplomowanym pedagogiem. A wczoraj dostał od córci kopniaka w nos i w ucho!

niedziela, 3 lipca 2011

Rok temu...

świeciło oślepiające słońce na bezchmurnym niebie, a temperatura osiągała 30 stopni. Dokładnie rok temu o godzinie 17-stej, ślubowaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość:



A dziś, już nie jesteśmy tylko my dwoje i naszą rocznicę świętowaliśmy już z naszą córeczką. Właśnie wróciliśmy z Mikołajek i Miaużonek mi padł. Zdjęcie z netu, bo na naszych prywatnych wyglądam jak "Uwolnić orkę 7".