Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą familia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Rodzinny Park Rozrywki

Wybraliśmy się wczoraj do Rodzinnego Parku Rozrywki Nowa Holandia koło Elbląga. Sam zajazd jest dla nas znany, bo to nam po drodze w trakcie naszych wypraw na morze. Park Rozrywki to kompleks atrakcji na 64 ha. A wśród atrakcji, m.in:
- park linowy,
- baseny z kulkami,
- trampoliny,
- obłędny tunel,
- kopalnia złota,
- labirynt,
- zjeżdżalnia Lew Gigant z poduchą do skakania,
- Wyspa Potworów,
- Osada Wykingów,
- mini zoo,
- place zabaw,
- wypożyczalnia sprzętu wodnego i przejażdzka tramwajem wodnym po sieci kanałów o łącznej długości 12 km, a w wtrakcie przejażdżki tramwajem wodnym można obserwować Wyspy z kamiennymi posągami czy też Wyspę Stonehenge.

Bilet rodzinny 2 + 1 (maluszek w brzuszku wszedł gratis ;) kosztował nas 65 zł, więc nie tak drogo za taką ilość atrakcji. Na miejscu jest też spory kompleks gastronomiczny, gdzie można zjeść obiad, lody, gofry czy też wypić kawę czy herbatę.

Fajny sposób na spędzenie aktywnego, rodzinnego dnia - Hania była w siódmym niebie, ponieważ uwielbia trampoliny, kulki i całe takie szaleństwo :). Ja osobiście z większej ilości atrakcji nie skorzystałam i zajęłam się obserwowaniem i robieniem zdjęć.



























Wycieczka do Kudyp

Na początku maja, korzystając z poprawy pogody wybraliśmy się do Arboretum w Kudypach. Jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie znam :), a na dodatek bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. Świetnie miejsce na spacer, relaks i podglądanie natury.























wtorek, 22 listopada 2011

3 tygodnie (i jeden dzień) temu...

Zaczęło się w niedzielny ranek. Całą ciążę bałam się, że przegapię, ale tych akurat objawów naprawdę nie da się przegapić. Rano zaczął boleć mnie brzuch, tak typowo okresowo, potem przy okazji wizyty w WC zauważyłam ten słynny czop. I już wiedziałam, że to TO, tym bardziej, że byłam już 4 dni po terminie, a 02.11.10 r. miałam się stawić do szpitala na wywoływanie porodu. Miaużonek był w pracy, ale pod telefonem. Później była jeszcze wizyta teściowej (jak zwykle rychło w czas...) i panika połowy rodziny na wieść, że mam skurcze co ok. 15 - 20 minut. Skurcze stały się dość dręczące ok. godz. 22:00, wciąż nieregularne, ale dające już nieźle w kość, poza tym coś zaczęło się sączyć i sączyć, szybko prysznic, ubranie i jedziemy z Miaużonkiem do szpitala. Tam KTG, badanie i werdykt, że to skurcze przepowiadające i, że za parę dni pewnie urodzę, a przyjechać mam jak skurcze będą co 3 - 4 minuty, bo przecież mieszkamy tak blisko (fakt, 6-7 minut samochodem).

Wracamy do domu, jest 23:00, kładziemy się spać. Po pół godzinie już nie mogę ani stać, ani leżeć, skurcze dalej nieregularne - co 15 - 9 - 6 - 20 - 5 minut i tak w kółko, a boli tak, że chodzę na czworaka. O 03:00 zaczyna mnie już telepać z bólu, skurcze dalej nieregularne, ale pakujemy się i jedziemy. Na IP ekipa ma pewnie niezły z nas ubaw, ale przestaje być tak wesoło, kiedy okazuje się, że mam już 5 cm rozwarcia. Nie ma już czasu na zabawy w prysznic, piłki i inne porodowe atrakcje. Dwie godziny szalonych skurczy mijają bardzo szybko (tak szybko, że właściwie nie dochodzi do mnie, że to się już dzieeeeje!), pamiętam też kryzysowe 7 cm, kiedy byłam na miliard procent przekonana, że zaraz umrę. Jeszcze chwila i jest pełna dziesiątka. Niestety Heniorek w połowie utyka w kanale rodnym, zbiegają się chyba wszystkie położne na dyżurze, karzą mi dalej przeć, niestety KTG zaczyna szaleć, pojawia się wokół nas stu lekarzy, podtykają papiery do podpisu, szybko coś tłumaczą Miaużonkowi, wiozą mnie na salę operacyjną (swoją drogą ta jazda na wózku to był pełen hardcore, bo proszę sobie wyobrazić jakie to uczucie siedzieć, kiedy dzidziuś jest już prawie na zewnątrz...), hop na łóżko (znieczulenie w kręgosłup jednoczesne z mega skurczem, a nie wolno się ruszyć!), hop kroplówka, tlen, czuję błogie nic nie czucie, tylko ten dyskomfort za zieloną kurtyną i to ciśnienie w głowie. Wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, a ja czuję taki dziwny żal, że jednak sama nie urodzę Hanuli.

07:55 pokazują mi Hanulę, ta moją córeczkę która szła na świat z zadartą główką. Jest zwinięta jak rogalik, różowiutka i ma czarne włoski! Potem szycie, a ja słyszę jak Ona płacze, a ja tu leżę taka bezsilna. I z tego wszystkiego najgorsze było właśnie to, że w ciągu tych pierwszych godzin nie mogłam się nią zająć całą sobą. Tylko Miaużonek podtykał mi ją pod nos, a ja wciąż marudziłam, że widzę ją tylko z profilu, więc musiał zrobił jej zdjęcie en face i dopiero wtedy zobaczyłam jak ta moja Hanula wygląda.
Przez cały pobyt w szpitalu Hanula spała i musieliśmy budzić ją na karmienie. A takie pobudki trwały i do godziny... Otumaniona była biedula pewnie po tych kroplówkach moich, więc od drugiej doby ograniczałam się tylko do dwóch zwykłych tabletek przeciwbólowych, a położne mówiły, że twardziel ze mnie ;)

W miarę jak schodziło ze mnie znieczulenie i oszołomienie, dochodziło do mnie co się stało i jak źle było przez chwilę...

Potem już na oddziale największym szokiem było dla mnie jak tabuny obcych bab macają moje cycki. Rzeczywiście, w szpitalach panuje laktacyjny terror. Nas na szczęście ominęły cyckowe problemy (poza nawałem w trzecim dniu), jednak naoglądałam się mlekowych dramatów tyle, że do końca życia mi starczy. Jedna z położnych genialnie pokazała mi jak przystawiać malutką - poczekać aż szeroko otworzy buźkę, wtedy hop cyca w buzię i docisnąć główkę.

Poza tym zaskoczyło mnie też jak człowiek wyzbywa się wstydu. Jak ta nasza cielesność staje się taka... normalna. Tyle lat człowiek się krępuje, krępuje a potem w jednej sekundzie najintymniejsze rewiry tajnie strzeżone ogląda na raz ok. 10 osób, a człowiek mimo wszystko nie ma traumy jakiejś dajmy na to pourazowej ;), tylko bierze to jak coś najnormalniejszego w świecie. No chyba, że ten luz spowodowany jest otumanieniem polekowym ;)

Malutka pierwszą noc spędziła u położnych, ale od drugiego dnia była już ze mną non stop. W dzień przy Hani pomagali mi Mama i Miaużonek, ale nocami byłyśmy już same i nie powiem... ciężko było, bo zanim obróciłam się z boku na bok to mijały wieki, nie wspominając już o wstawaniu, które było cudem. Takim oto sposobem Hania noce spędzała ze mną w łóżku i tak na leżąco ją i karmiłam i przewijałam i lulałam. Niezłe wygibasy wyczyniałam na tym łóżku tak swoją drogą. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można z własnej woli decydować się na cesarkę...

Opieka w szpitalu? Miałam bardzo dobrą opiekę, dwuosobowy pokój z własną łazienką, położne zaglądające co godzinę i służące radą i pomocą co chwilę. Ale zastanawiam się czy to zaangażowanie i dobra opieka to standard, czy też dlatego, że byłam pacjentką zastępcy ordynatora i znajomą paru innych osób w szpitalu...

Już właściwie poród z dnia na dzień wydaje mi się abstrakcją. Podobnie jak ciąża, o której na razie przypomina mi jeszcze linia na brzuchu i rozciągnięty pępek. No i rozmiar brzuszka taki jaki miałam w 3 miesiącu ;) I pięć rozstępów na prawym cycku, które mam po mlekowym nawale (a już myślałam, że z ciąży wyjdę bez szwanku).

I jeszcze Miaużonek. Pamiętam, że się rozpłakał, jak zobaczył Hankę (kompletnie mnie to rozwaliło), potem pół dnia zachwycał się jaka to ona piękna i jaka to do niego podobna i oczywiście już zaplanował nam kolejną dzidzię. Wariat.

A teraz. Nie umiem opisać tego co odczuwam, kiedy patrzę jak Miaużonek zajmuje się Hanią. Jak nocy zrywa się, kiedy tylko mała zakwili (aż muszę go powstrzymywać przed tym lataniem za każdym pisknięciem ;), jak z nią rozmawia i ja na nią patrzy...
Serce się rozpływa.

UPDATE. A najlepiej skurcze znosiłam w pozycji na czworaka. Podświadomnie ciało układało się właśnie w tej pozycji.

piątek, 11 listopada 2011

Nas troje plus pies

Dziś po raz pierwszy od porodu jesteśmy w trójkę, a właściwie czwórkę, bo Czworonog to nasz pierworodny ;)))

I jest cudnie :) KLIK i wszystkie elementy są na swoim miejscu. Muszę się tylko pilnować, żeby nie sterczeć non stop nad łóżeczkiem, ale... po prostu nie mogę się napatrzeć na tą moją Hanulkę.

A kiedy patrzę na tych dwoje, to...



momentalnie mam fontannę z oczu...

PS. Hanulka ładnie je z piersi, a ja właściwie poza jedną dobą nawału jakoś sobie radzę z tym karmieniem, choć na początku ze względu na cięcie karmiłam ją tylko na leżąco. Potem był rogal, a dziś już jemy prawie w każdej pozycji ;). W nocy mamy dwie pobudki, a póki co (tfu! tfu!) Heniorek śpi po 3- 3,5 h, więc jesteśmy w miarę świadomi dnia, miesiąca i roku ;)

Na razie werandujemy, dziś dobijamy do 20 minut, a jutro czeka nas pierwszy spacer, na który z wytęsknieniem czekam przede wszystkim ja ;) Coby to włos zrobić i ubrać coś innego niż legginsy i bluzę ;)