Od kilkunastu dni nie mieliśmy internetu, a ponieważ tacy z nas specjaliści elektrotechniczni, nie wiedzieliśmy czemu, machnęliśmy ręką i po prostu więcej czytaliśmy (ja) czy spali (Miaużonek).
Dziś, kiedy w końcu otworzyłam naszego szanownego laptopa z zamiarem zmierzenia się z problemem braku sieci, o dziwo internet zaczął śmigać jak szalony. Dobrze, że do naprawy zabrałam się po sprzątnięciu domu i zrobieniu prania (tak, dziś mam wolny dzień od pracy, więc trzeba odpocząć), bo w przeciwnym razie wsiąknęłabym w sieć na długie godziny, a domowe sprawy leżały by sobie odłogiem.
Z internetem jest tak, że jak go nie ma, to raptem ma się wiele innych ciekawych rzeczy do zrobienia. A jeśli już jest i siądziemy przed komputerem, to pochłania nas strona za stroną na dłuuugie bezsensowne godziny.
***
Maj... maj... maj..., u nas na północy - standardowo zimno, szaro, mokro i wietrznie. Po kilku cudnie letnich dniach - powrót do zimnej i szarej codzienności. Jak na złość. Człowiek czeka z utęsknieniem na kwiecie kwitnące, świeże owoce, pachnącą świeżością trawę, klapki i zwiewne sukienki, a tu jak na złość... Jak nigdy czekam na lato... Bardzo mi potrzebna pozytywna, słoneczna atmosfera, bo wtedy wiem, że i humor będę miała lepszy i dzieciątko nasze będzie dzięki temu szczęśliwsze...
***
Wraz z datą ostatniej menstruacji, jestem teraz w 15 tygodniu i 2 dniu ciąży, więc zaczęliśmy z Maleństwem jego 16 tydzień. I... nie jestem pewna w 100 %, ale parę dni temu (tj. 1.05.) poczułam w dole brzucha takie jakby latające bąbelki. Od tamtej chwili nic, więc nie wiem, czy nie zawiodła mnie wyobraźnia czy też przewrażliwienie.
Mam już mały brzuszek, który nie mieści się już w żadne przedciążowe spodnie, więc przerzuciłam się na spodnie z gumą, które Bogu dzięki mam w nieograniczonych ilościach od siostry (troszkę większej rozmiarowo ode mnie ;).
Kolejne USG planowo za ok. 2 tygodnie i nie mogę się już doczekać, kiedy znów zobaczymy się z naszym Maluszkiem. I czekam, kiedy nasz Mikulek (?) zacznie dawać silniejsze oznaki - kopniaki.
Miaużonek każdego wieczora przykłada ucho do mojego brzucha i słucha co tam słychać ;). I mówi tak ślicznie do Maleństwa, aż mi serce topnieje i gula podchodzi mi do gardła. Nigdy nie myślałam, że spotkają mnie takie chwile cudne... Ech, co tu dużo gadać... Nie ma nic cenniejszego...
***
Dziś mam wolny dzień. Ale nie znów taki wolny od stresów niestety. Spokój skutecznie zakłócają mi telefony od mojej najbliższej współpracowniczki, na której zachowanie i opis wybryków szkoda marnować miejsce, nawet w wirtualnym, nieograniczonym powierzchniowo świecie. Jeden telefon odebrałam, co przepłaciłam parogodzinnym bólem głowy. Kolejne trzy telefony zignorowałam. To jedyna metoda na tą panią.
Inaczej spokoju nie miałabym nawet we własnym domu... w nielicznych wolnych chwilach...
Czasem, ostatnio nawet parę razy dziennie, a szczególnie kiedy jest nawał pracy, zasyp klientów i telefonów, i brak kogoś, kto by mi pomógł (więc właściwie codziennie), zastanawiam się nad L4. Szczególnie, że często ledwo dowlekam się do domu, a w domu padam wykończona i marzę tylko o śnie. Z jednej strony wiem, że nie mogę się tak przemęczać, ale z drugiej boję się zanudzenia na śmierć w domu. Póki co, jeśli wszystko będzie ok i będziemy się dobrze czuli z Maleństwem, to myślę, że popracuję do końca czerwca, żeby zdążyć przed największymi upałami i rozmiarem brzucha, który może już wtedy uniemożliwić całodniowe stanie na nogach i demonstrowanie Klientom pewnym produktów. Pożyjemy - zobaczymy...