Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połóg. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 grudnia 2011

6 tydzień

Dziś mieliśmy pierwsze szczepienia. Hanula była tak dzielna, że jestem nadal w szoku. W przeciwieństwie do mnie...

6 tygodni... Hanusia przybrała na wadze 1200 g i obecnie waży 4200 g. Uśmiecha się do mnie i Miaużonka, a także do swoich zabawek z karuzelki. Potrafi przez chwilkę utrzymać główkę, a położona na brzuszku główkę trzyma już bez płaczu przez ładnych kilkanaście sekund. Je co 2,5 - 3 godziny. Czas największej aktywności przypada na godziny od 08:00 do 11:00. W nocy je co 4 godziny (20:00, 0:00, 4:00 lub 4:30) i zasypia właściwie od razy (tzn. z pomocą melodyjki z karuzeli). Spacerujemy właściwie codziennie po godzinkę lub półtorej, a w domu zostajemy jeśli pogoda naprawdę jest dramatyczna. Mżawki i przymrozki nam nie straszne, a ja spacerować wprost uwielbiam, Hanula chyba też, bo całe spacery przesypia rozkosznie. Z każdym dniem jest piękniejsza i... kiedy tak na nią patrzę to mam ochotę płakać... ze szczęścia... Ale melodramat, co? ;)))

I zdjęcia ku pamięci oczywiście z 5 i 6 tygodnia życia Hanusi naszej:

Hania i ferajna z karuzelki


Mała gimnastyczka


Hania i jej Królik


Słodki śpioszek


Odlot po jedzeniu


***
6 tygodni. To też koniec taryfy ulgowej dla mnie ;))) Hehe, właściwie od tygodnia po porodzie jestem na wysokich obrotach i myślę, że dzięki temu szybko doszłam do siebie po cc. Wczoraj miałam popołogową wizytę u mojego doktora i podobno po bliźnie nawet nie będzie śladu. Zapomniałam poprosić o zważenie, więc dalej nie wiem ile mi ubyło z tych moich ciążowych kilogramów. Chyba trochę ubyło, bo wchodzę już w przedciążowe spodnie, choć zapinam na wdechu. Bardzo głębokim wdechu ;) Karmienie piersią i dieta mamy karmiącej robią swoje ;) Choć kaloryfer sam się nie zrobi i trzeba będzie trochę mu dopomóc. Po Nowym Roku rzecz jasna ;)

wtorek, 22 listopada 2011

3 tygodnie (i jeden dzień) temu...

Zaczęło się w niedzielny ranek. Całą ciążę bałam się, że przegapię, ale tych akurat objawów naprawdę nie da się przegapić. Rano zaczął boleć mnie brzuch, tak typowo okresowo, potem przy okazji wizyty w WC zauważyłam ten słynny czop. I już wiedziałam, że to TO, tym bardziej, że byłam już 4 dni po terminie, a 02.11.10 r. miałam się stawić do szpitala na wywoływanie porodu. Miaużonek był w pracy, ale pod telefonem. Później była jeszcze wizyta teściowej (jak zwykle rychło w czas...) i panika połowy rodziny na wieść, że mam skurcze co ok. 15 - 20 minut. Skurcze stały się dość dręczące ok. godz. 22:00, wciąż nieregularne, ale dające już nieźle w kość, poza tym coś zaczęło się sączyć i sączyć, szybko prysznic, ubranie i jedziemy z Miaużonkiem do szpitala. Tam KTG, badanie i werdykt, że to skurcze przepowiadające i, że za parę dni pewnie urodzę, a przyjechać mam jak skurcze będą co 3 - 4 minuty, bo przecież mieszkamy tak blisko (fakt, 6-7 minut samochodem).

Wracamy do domu, jest 23:00, kładziemy się spać. Po pół godzinie już nie mogę ani stać, ani leżeć, skurcze dalej nieregularne - co 15 - 9 - 6 - 20 - 5 minut i tak w kółko, a boli tak, że chodzę na czworaka. O 03:00 zaczyna mnie już telepać z bólu, skurcze dalej nieregularne, ale pakujemy się i jedziemy. Na IP ekipa ma pewnie niezły z nas ubaw, ale przestaje być tak wesoło, kiedy okazuje się, że mam już 5 cm rozwarcia. Nie ma już czasu na zabawy w prysznic, piłki i inne porodowe atrakcje. Dwie godziny szalonych skurczy mijają bardzo szybko (tak szybko, że właściwie nie dochodzi do mnie, że to się już dzieeeeje!), pamiętam też kryzysowe 7 cm, kiedy byłam na miliard procent przekonana, że zaraz umrę. Jeszcze chwila i jest pełna dziesiątka. Niestety Heniorek w połowie utyka w kanale rodnym, zbiegają się chyba wszystkie położne na dyżurze, karzą mi dalej przeć, niestety KTG zaczyna szaleć, pojawia się wokół nas stu lekarzy, podtykają papiery do podpisu, szybko coś tłumaczą Miaużonkowi, wiozą mnie na salę operacyjną (swoją drogą ta jazda na wózku to był pełen hardcore, bo proszę sobie wyobrazić jakie to uczucie siedzieć, kiedy dzidziuś jest już prawie na zewnątrz...), hop na łóżko (znieczulenie w kręgosłup jednoczesne z mega skurczem, a nie wolno się ruszyć!), hop kroplówka, tlen, czuję błogie nic nie czucie, tylko ten dyskomfort za zieloną kurtyną i to ciśnienie w głowie. Wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, a ja czuję taki dziwny żal, że jednak sama nie urodzę Hanuli.

07:55 pokazują mi Hanulę, ta moją córeczkę która szła na świat z zadartą główką. Jest zwinięta jak rogalik, różowiutka i ma czarne włoski! Potem szycie, a ja słyszę jak Ona płacze, a ja tu leżę taka bezsilna. I z tego wszystkiego najgorsze było właśnie to, że w ciągu tych pierwszych godzin nie mogłam się nią zająć całą sobą. Tylko Miaużonek podtykał mi ją pod nos, a ja wciąż marudziłam, że widzę ją tylko z profilu, więc musiał zrobił jej zdjęcie en face i dopiero wtedy zobaczyłam jak ta moja Hanula wygląda.
Przez cały pobyt w szpitalu Hanula spała i musieliśmy budzić ją na karmienie. A takie pobudki trwały i do godziny... Otumaniona była biedula pewnie po tych kroplówkach moich, więc od drugiej doby ograniczałam się tylko do dwóch zwykłych tabletek przeciwbólowych, a położne mówiły, że twardziel ze mnie ;)

W miarę jak schodziło ze mnie znieczulenie i oszołomienie, dochodziło do mnie co się stało i jak źle było przez chwilę...

Potem już na oddziale największym szokiem było dla mnie jak tabuny obcych bab macają moje cycki. Rzeczywiście, w szpitalach panuje laktacyjny terror. Nas na szczęście ominęły cyckowe problemy (poza nawałem w trzecim dniu), jednak naoglądałam się mlekowych dramatów tyle, że do końca życia mi starczy. Jedna z położnych genialnie pokazała mi jak przystawiać malutką - poczekać aż szeroko otworzy buźkę, wtedy hop cyca w buzię i docisnąć główkę.

Poza tym zaskoczyło mnie też jak człowiek wyzbywa się wstydu. Jak ta nasza cielesność staje się taka... normalna. Tyle lat człowiek się krępuje, krępuje a potem w jednej sekundzie najintymniejsze rewiry tajnie strzeżone ogląda na raz ok. 10 osób, a człowiek mimo wszystko nie ma traumy jakiejś dajmy na to pourazowej ;), tylko bierze to jak coś najnormalniejszego w świecie. No chyba, że ten luz spowodowany jest otumanieniem polekowym ;)

Malutka pierwszą noc spędziła u położnych, ale od drugiego dnia była już ze mną non stop. W dzień przy Hani pomagali mi Mama i Miaużonek, ale nocami byłyśmy już same i nie powiem... ciężko było, bo zanim obróciłam się z boku na bok to mijały wieki, nie wspominając już o wstawaniu, które było cudem. Takim oto sposobem Hania noce spędzała ze mną w łóżku i tak na leżąco ją i karmiłam i przewijałam i lulałam. Niezłe wygibasy wyczyniałam na tym łóżku tak swoją drogą. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można z własnej woli decydować się na cesarkę...

Opieka w szpitalu? Miałam bardzo dobrą opiekę, dwuosobowy pokój z własną łazienką, położne zaglądające co godzinę i służące radą i pomocą co chwilę. Ale zastanawiam się czy to zaangażowanie i dobra opieka to standard, czy też dlatego, że byłam pacjentką zastępcy ordynatora i znajomą paru innych osób w szpitalu...

Już właściwie poród z dnia na dzień wydaje mi się abstrakcją. Podobnie jak ciąża, o której na razie przypomina mi jeszcze linia na brzuchu i rozciągnięty pępek. No i rozmiar brzuszka taki jaki miałam w 3 miesiącu ;) I pięć rozstępów na prawym cycku, które mam po mlekowym nawale (a już myślałam, że z ciąży wyjdę bez szwanku).

I jeszcze Miaużonek. Pamiętam, że się rozpłakał, jak zobaczył Hankę (kompletnie mnie to rozwaliło), potem pół dnia zachwycał się jaka to ona piękna i jaka to do niego podobna i oczywiście już zaplanował nam kolejną dzidzię. Wariat.

A teraz. Nie umiem opisać tego co odczuwam, kiedy patrzę jak Miaużonek zajmuje się Hanią. Jak nocy zrywa się, kiedy tylko mała zakwili (aż muszę go powstrzymywać przed tym lataniem za każdym pisknięciem ;), jak z nią rozmawia i ja na nią patrzy...
Serce się rozpływa.

UPDATE. A najlepiej skurcze znosiłam w pozycji na czworaka. Podświadomnie ciało układało się właśnie w tej pozycji.