Właśnie wróciłam od gina. Jeszcze nie rodzę, i dobrze, bo muszę wysprzątać dom na jutrzejszą mini parapetówkę, a poza tym mam jeszcze miliard rzeczy do zrobienia ;). Dziś w nocy myślałam, że właśnie wybija godzina zero, bo złapały mnie bóle takie, aż się zimnymi potami oblałam. Ale zasnęłam, a po obudzeniu czułam się wyśmienicie, więc to zapewne była reakcja żołądka na ciasto czekoladowe zagryzione sałatką śledziową ;). Ale do rzeczy...
Hanusiulka waży 3 kg i może sobie jeszcze rosnąć, bo wód ma w bród. Doktor mnie wymacał i orzekł, że do 3,5 kg przecisnę ;). Powyżej, to już będziemy się zastanawiać, bo bioderka mam jak młody chłopaczek.
Po każdej rance z córką, jestem na haju dosłownie. I teraz siedzę sobie i śmieję się jak głupi do sera. Bo widziałam kawałek, słodziutkiej, tłuściutkiej łydeczki ;), na przykład. Albo kawałek oczka mrugającego. Tak, po kawałku wszystkiego, bo to duża kobieta już jest i się w kadrze nie mieści ;)
Aaaaaaaaaaach.
PS. Cud ostatnich tygodni ciąży. Jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, a waga stoi w miejscu. Więc jem, jem, jem, jem, jem i jem, bo jak czytam perypetie żywieniowe matek karmiących piersią (a takową być zamierzam, o ile los pozwoli), to mam ochotę najeść się na zapas wszystkiego, dosłownie wszystkiego, co tylko na myśl mi przyjdzie ;)
PS 2. Do terminu wyklucia pozostało... 19 dni. A ja, o kurczę, w ogóle tego nie czuję. Nienormalna chyba jestem.