Jutro rozpoczynamy 30 tydzień ciąży. Hmm... to zaczyna brzmieć bardzo poważnie (gdyby nie to, że jednak przy moim starym tempie łapie mnie zadyszka, a malowanie paznokci u stóp stało się hmm... dość trudne, to nie czułabym właściwie, że jestem już zaawansowaną ciężarówką), a aktualnie hanulkowy domek wygląda tak (tło niezbyt wyszukane, ale to jedyny kąt, gdzie nie ma stosu kartonów):

Wciąż nie poznaję siebie samej na zdjęciach. Taka pulchniutka się zrobiłam. Dziwne uczucie. Ale co tam. Grunt, żeby Hani było dobrze i wygodnie (czytaj: miękko ;).
Poza tym, ostatnio kiedy byłam u rodziców, kolejny raz przeglądałyśmy z Matulą hunusiowe ubranka i niestety Czworonog został zatrudniony do niewdzięcznej roli manekina pokazowego (mam nadzieję, że nie zajrzą tu Obrońcy Praw Zwierząt):

Zaraz z placu boju wraca Miaużonek i muszę jakoś go zmusić, żeby podwiózł mnie tu i tam. Spoglądając dziś za okno (15 st.) doszłam do wniosku, że żadne moje okrycie wierzchnie nie domyka się nawet na pół centymetra i trzeba kupić chyba jakąś pelerynę czy inny spadochron, bo przecież zanim Haneczka się wykluje, a matka powróci do rozmiaru 36, to nastaną już mrozy, deszcze i pluchy.
PS. Ekspresowy upływ czasu wydać m.in. po tym, jak rozpakowują się koleżanki blogowiczki, a ja tylko przenoszę z kategorii ciężarówki do reszty czytanych blogów. Ale ten czas zasuuuuwa!