najważniejsze, że nasza Hanulka kończy dziś dwa miesiące! A świętujemy i balujemy same z Dziadkami, bo Miaużonek szanowny pracować musi, żeby nie pracować musiał ktoś.
Już za dwie godziny przywitamy Nowy Rok, więc może pora na małe podsumowane.
2011.
Po pierwsze. Udane wynajęcie naszego 'starego' mieszkania.
Po drugie. Kupno naszego wymarzonego mieszkania.
Po trzecie, piąte, setne i tysięczne. Hania.
I dzięki temu ten 2011 to najpiękniejszy i najlepszy rok w moim życiu.
Dziękuję.
sobota, 31 grudnia 2011
wtorek, 27 grudnia 2011
Poświątecznie
Jesteśmy w naszym domku. W końcu :) Po prawie dwóch tygodniach. Stęskniłam się ogromnie za naszym mieszkankiem, moim kubkiem i miejscem na sofie ;)
A Hanulka? Kiedy wieczorem, tuż po przyjeździe kładliśmy ją do łóżeczka, obudziła się i zdziwiona rozglądała się wookoło. A potem w łóżeczku o mało nie zwariowała ze szczęścia kiedy włączyliśmy jej karuzelkę. Niunia nasza zrobiła się tak kontaktowa, że wciąż nie wierzę, choć to normalny krok w rozwoju. Ponadto tak rozgadał się ten nasz cudaczek, że szok. Piszczy ze szczęścia, gulga do zabawek i co najważniejsze, najbardziej niesamowite i najpiękniejsze to... jej uśmiechy kierowane do nas - mnie, Miaużonka a także i Dziadków. Niunia przygląda się naszym twarzom i po chwili posyła nam takie uśmiechy, że kolana miękną.
Powoli też ustala się nasz rytm karmień (chyba i mam nadzieję), bo już od 4 dni Hanula je prawie regularnie o 05:00, 7:30, 11:30, 13:30, 17:00, 19:30, 02:00. Mamy czasem półgodzinne opóźnienia, ale co to jest 30 minut ;).
Karmienie? Jeszcze niedawno mała żabka bezbronnie leżała w moich ramionach i patrzyła gdzieś w dal niewidzącym okiem. A teraz Hanulek w trakcie jedzenia patrzy mi w oczy i gładzi rączką cycusia. To nasze najcudniejsze chwile i normalnie nie wiem jak mogłam wcześniej mieć te swoje różne cyckowe dylematy ;)
A Święta? Najcudniejsze, bo pierwsze w trójkę! I tak się śmialiśmy, że kto by się spodziewał rok temu, że na kolejną Gwiazdkę przy wigilijnym stole pojawi się taki cudny prezent! Ten prezencik trochę pomarudził w Wigilię. Trochę to mało powiedziane, bo marudził tak, że otwieranie prezentów przesunęliśmy na bożonarodzeniowy ranek, czyli mieliśmy święta po hamerykańsku ;)
***
I wciąż nie wierzymy, że dostaliśmy takie szczęście :)





A Hanulka? Kiedy wieczorem, tuż po przyjeździe kładliśmy ją do łóżeczka, obudziła się i zdziwiona rozglądała się wookoło. A potem w łóżeczku o mało nie zwariowała ze szczęścia kiedy włączyliśmy jej karuzelkę. Niunia nasza zrobiła się tak kontaktowa, że wciąż nie wierzę, choć to normalny krok w rozwoju. Ponadto tak rozgadał się ten nasz cudaczek, że szok. Piszczy ze szczęścia, gulga do zabawek i co najważniejsze, najbardziej niesamowite i najpiękniejsze to... jej uśmiechy kierowane do nas - mnie, Miaużonka a także i Dziadków. Niunia przygląda się naszym twarzom i po chwili posyła nam takie uśmiechy, że kolana miękną.
Powoli też ustala się nasz rytm karmień (chyba i mam nadzieję), bo już od 4 dni Hanula je prawie regularnie o 05:00, 7:30, 11:30, 13:30, 17:00, 19:30, 02:00. Mamy czasem półgodzinne opóźnienia, ale co to jest 30 minut ;).
Karmienie? Jeszcze niedawno mała żabka bezbronnie leżała w moich ramionach i patrzyła gdzieś w dal niewidzącym okiem. A teraz Hanulek w trakcie jedzenia patrzy mi w oczy i gładzi rączką cycusia. To nasze najcudniejsze chwile i normalnie nie wiem jak mogłam wcześniej mieć te swoje różne cyckowe dylematy ;)
A Święta? Najcudniejsze, bo pierwsze w trójkę! I tak się śmialiśmy, że kto by się spodziewał rok temu, że na kolejną Gwiazdkę przy wigilijnym stole pojawi się taki cudny prezent! Ten prezencik trochę pomarudził w Wigilię. Trochę to mało powiedziane, bo marudził tak, że otwieranie prezentów przesunęliśmy na bożonarodzeniowy ranek, czyli mieliśmy święta po hamerykańsku ;)
***
I wciąż nie wierzymy, że dostaliśmy takie szczęście :)





sobota, 24 grudnia 2011
Wesołych!
Wszystkim odwiedzającym naszego bloga pragniemy życzyć najcudniejszych, najspokojniejszych i najbardziej rodzinnych świąt. I pełnych magii!!!
PS. Mało piszemy bo okres przedświąteczny i świąteczny spędzamy u Hanulkowych Dziadków i robimy zgoła inne rzeczy niż surfowanie po necie ;), więc do przeczytania po świętach!
PS. Hanulka jest już tak "kontaktowa", że szok! I wyrosła z większości ubranek. W tydzień!!!
PS. Mało piszemy bo okres przedświąteczny i świąteczny spędzamy u Hanulkowych Dziadków i robimy zgoła inne rzeczy niż surfowanie po necie ;), więc do przeczytania po świętach!
PS. Hanulka jest już tak "kontaktowa", że szok! I wyrosła z większości ubranek. W tydzień!!!
wtorek, 13 grudnia 2011
6 tydzień
Dziś mieliśmy pierwsze szczepienia. Hanula była tak dzielna, że jestem nadal w szoku. W przeciwieństwie do mnie...
6 tygodni... Hanusia przybrała na wadze 1200 g i obecnie waży 4200 g. Uśmiecha się do mnie i Miaużonka, a także do swoich zabawek z karuzelki. Potrafi przez chwilkę utrzymać główkę, a położona na brzuszku główkę trzyma już bez płaczu przez ładnych kilkanaście sekund. Je co 2,5 - 3 godziny. Czas największej aktywności przypada na godziny od 08:00 do 11:00. W nocy je co 4 godziny (20:00, 0:00, 4:00 lub 4:30) i zasypia właściwie od razy (tzn. z pomocą melodyjki z karuzeli). Spacerujemy właściwie codziennie po godzinkę lub półtorej, a w domu zostajemy jeśli pogoda naprawdę jest dramatyczna. Mżawki i przymrozki nam nie straszne, a ja spacerować wprost uwielbiam, Hanula chyba też, bo całe spacery przesypia rozkosznie. Z każdym dniem jest piękniejsza i... kiedy tak na nią patrzę to mam ochotę płakać... ze szczęścia... Ale melodramat, co? ;)))
I zdjęcia ku pamięci oczywiście z 5 i 6 tygodnia życia Hanusi naszej:
Hania i ferajna z karuzelki

Mała gimnastyczka

Hania i jej Królik

Słodki śpioszek

Odlot po jedzeniu

***
6 tygodni. To też koniec taryfy ulgowej dla mnie ;))) Hehe, właściwie od tygodnia po porodzie jestem na wysokich obrotach i myślę, że dzięki temu szybko doszłam do siebie po cc. Wczoraj miałam popołogową wizytę u mojego doktora i podobno po bliźnie nawet nie będzie śladu. Zapomniałam poprosić o zważenie, więc dalej nie wiem ile mi ubyło z tych moich ciążowych kilogramów. Chyba trochę ubyło, bo wchodzę już w przedciążowe spodnie, choć zapinam na wdechu. Bardzo głębokim wdechu ;) Karmienie piersią i dieta mamy karmiącej robią swoje ;) Choć kaloryfer sam się nie zrobi i trzeba będzie trochę mu dopomóc. Po Nowym Roku rzecz jasna ;)
6 tygodni... Hanusia przybrała na wadze 1200 g i obecnie waży 4200 g. Uśmiecha się do mnie i Miaużonka, a także do swoich zabawek z karuzelki. Potrafi przez chwilkę utrzymać główkę, a położona na brzuszku główkę trzyma już bez płaczu przez ładnych kilkanaście sekund. Je co 2,5 - 3 godziny. Czas największej aktywności przypada na godziny od 08:00 do 11:00. W nocy je co 4 godziny (20:00, 0:00, 4:00 lub 4:30) i zasypia właściwie od razy (tzn. z pomocą melodyjki z karuzeli). Spacerujemy właściwie codziennie po godzinkę lub półtorej, a w domu zostajemy jeśli pogoda naprawdę jest dramatyczna. Mżawki i przymrozki nam nie straszne, a ja spacerować wprost uwielbiam, Hanula chyba też, bo całe spacery przesypia rozkosznie. Z każdym dniem jest piękniejsza i... kiedy tak na nią patrzę to mam ochotę płakać... ze szczęścia... Ale melodramat, co? ;)))
I zdjęcia ku pamięci oczywiście z 5 i 6 tygodnia życia Hanusi naszej:
Hania i ferajna z karuzelki

Mała gimnastyczka
Hania i jej Królik

Słodki śpioszek

Odlot po jedzeniu

***
6 tygodni. To też koniec taryfy ulgowej dla mnie ;))) Hehe, właściwie od tygodnia po porodzie jestem na wysokich obrotach i myślę, że dzięki temu szybko doszłam do siebie po cc. Wczoraj miałam popołogową wizytę u mojego doktora i podobno po bliźnie nawet nie będzie śladu. Zapomniałam poprosić o zważenie, więc dalej nie wiem ile mi ubyło z tych moich ciążowych kilogramów. Chyba trochę ubyło, bo wchodzę już w przedciążowe spodnie, choć zapinam na wdechu. Bardzo głębokim wdechu ;) Karmienie piersią i dieta mamy karmiącej robią swoje ;) Choć kaloryfer sam się nie zrobi i trzeba będzie trochę mu dopomóc. Po Nowym Roku rzecz jasna ;)
wtorek, 6 grudnia 2011
Pierwsze Mikołajki Hanki...
Mikołaj w łóżeczku zostawił pierwszy w życiu Hanuli mikołajkowy prezent i na dodatek spadł dziś u nas pierwszy śnieg tej zimy (i stopniał po godzinie...)
Wszystko u nas jest teraz po raz pierwszy. I to cudnie, bo znów widzimy to, czego nie widzieliśmy od lat i znów czujemy tą magię...
Wszystko u nas jest teraz po raz pierwszy. I to cudnie, bo znów widzimy to, czego nie widzieliśmy od lat i znów czujemy tą magię...
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Czyzby skok?


Nasza córcia chyba przechodzi pierwszy skok rozwojowy. A wczoraj owy skok osiągnął swoje apogeum. Od kilku dni Hanula ma przydomek Omen ;). Dziś jest już o niebo lepiej, tj. wróciliśmy do jako takiego rytmu dnia, który legł w gruzach przed kilkoma dniami, kiedy to córcia nasza dosłownie wychodziła z siebie - jadła co godzinę, spała po 10 - 15 minut, odkładana do łóżeczka włączała syrenę po 2 minutach i płakała płakała płakała, a smutki ukoić potrafił tylko i wyłącznie cycuś oczywiście. Ciocie dobra rada oczywiście przekonane, że albo mam za mało mleka i dziecko głodne (notabene Hania w ciągu 5 tygodni przybrała na wadze 1060 g)/ albo ktoś na dziecko rzucił urok (tak, zapewne zapewne) ;)))
Poza tym, Hanula coraz częściej łapie świadomy kontakt z rzeczywistością i nie wiem, czy to nie za wcześnie, ale kiedy dziś Miaużonek rozśmieszał malutką, to ta nasza dziewczynka posłała mu taki uśmiech, że aż usiadłam z wrażenia.
***
Hmm, ciekawe czy to to?

PS. Tak poza tym nasza Hanula ma bardzo dziewczęcy głosik i nawet jak płacze to płacze jak taka... hmm... Calineczka ;)
czwartek, 1 grudnia 2011
Małe...
... a cieszy :)
Chodzi o takie małe hanine osiągnięcia, jak zatrzymanie wzroku na jakimś pokazywanym jej przedmiocie albo obracanie się z boczków na plecki, łóżeczkowe wędrówki (jeszcze jej nie złapałam jak to robi, tzn. jak raptem znajduje się leżąc w najlepsze w połowie długości łóżeczka) czy podnoszenie główki bez dramatycznego stękania ;). A w trakcie karmienia łapie mnie za palc, kładzie rękę na cycusiu i sama dziobkiem już do niego trafia.
Takie małe cuda :), a tak cieszą!
PS. A ja natomiast już jestem samodzielna w kwestii spacerów. Z naszego III p znoszę małą w foteliku na dół, wyciągam wózek z piwnicy, małą ładuję do wózka, a fotelik zostawiam w piwnicy. Po spacerze wszystko w odwrotnej kolejności. Póki co kondycję mam zerową i po tych operacjach jestem mokra jak szczur, ale myślę, że jeszcze parę tygodni i mistrzowie fitnessu będę mogli się schować :)
PS2. Notkę pisałam w trakcie karmienia :), więc chyba weszłam na kolejny poziom ;)
Chodzi o takie małe hanine osiągnięcia, jak zatrzymanie wzroku na jakimś pokazywanym jej przedmiocie albo obracanie się z boczków na plecki, łóżeczkowe wędrówki (jeszcze jej nie złapałam jak to robi, tzn. jak raptem znajduje się leżąc w najlepsze w połowie długości łóżeczka) czy podnoszenie główki bez dramatycznego stękania ;). A w trakcie karmienia łapie mnie za palc, kładzie rękę na cycusiu i sama dziobkiem już do niego trafia.
Takie małe cuda :), a tak cieszą!
PS. A ja natomiast już jestem samodzielna w kwestii spacerów. Z naszego III p znoszę małą w foteliku na dół, wyciągam wózek z piwnicy, małą ładuję do wózka, a fotelik zostawiam w piwnicy. Po spacerze wszystko w odwrotnej kolejności. Póki co kondycję mam zerową i po tych operacjach jestem mokra jak szczur, ale myślę, że jeszcze parę tygodni i mistrzowie fitnessu będę mogli się schować :)
PS2. Notkę pisałam w trakcie karmienia :), więc chyba weszłam na kolejny poziom ;)
poniedziałek, 28 listopada 2011
Miesiąc
piątek, 25 listopada 2011
wtorek, 22 listopada 2011
3 tygodnie (i jeden dzień) temu...
Zaczęło się w niedzielny ranek. Całą ciążę bałam się, że przegapię, ale tych akurat objawów naprawdę nie da się przegapić. Rano zaczął boleć mnie brzuch, tak typowo okresowo, potem przy okazji wizyty w WC zauważyłam ten słynny czop. I już wiedziałam, że to TO, tym bardziej, że byłam już 4 dni po terminie, a 02.11.10 r. miałam się stawić do szpitala na wywoływanie porodu. Miaużonek był w pracy, ale pod telefonem. Później była jeszcze wizyta teściowej (jak zwykle rychło w czas...) i panika połowy rodziny na wieść, że mam skurcze co ok. 15 - 20 minut. Skurcze stały się dość dręczące ok. godz. 22:00, wciąż nieregularne, ale dające już nieźle w kość, poza tym coś zaczęło się sączyć i sączyć, szybko prysznic, ubranie i jedziemy z Miaużonkiem do szpitala. Tam KTG, badanie i werdykt, że to skurcze przepowiadające i, że za parę dni pewnie urodzę, a przyjechać mam jak skurcze będą co 3 - 4 minuty, bo przecież mieszkamy tak blisko (fakt, 6-7 minut samochodem).
Wracamy do domu, jest 23:00, kładziemy się spać. Po pół godzinie już nie mogę ani stać, ani leżeć, skurcze dalej nieregularne - co 15 - 9 - 6 - 20 - 5 minut i tak w kółko, a boli tak, że chodzę na czworaka. O 03:00 zaczyna mnie już telepać z bólu, skurcze dalej nieregularne, ale pakujemy się i jedziemy. Na IP ekipa ma pewnie niezły z nas ubaw, ale przestaje być tak wesoło, kiedy okazuje się, że mam już 5 cm rozwarcia. Nie ma już czasu na zabawy w prysznic, piłki i inne porodowe atrakcje. Dwie godziny szalonych skurczy mijają bardzo szybko (tak szybko, że właściwie nie dochodzi do mnie, że to się już dzieeeeje!), pamiętam też kryzysowe 7 cm, kiedy byłam na miliard procent przekonana, że zaraz umrę. Jeszcze chwila i jest pełna dziesiątka. Niestety Heniorek w połowie utyka w kanale rodnym, zbiegają się chyba wszystkie położne na dyżurze, karzą mi dalej przeć, niestety KTG zaczyna szaleć, pojawia się wokół nas stu lekarzy, podtykają papiery do podpisu, szybko coś tłumaczą Miaużonkowi, wiozą mnie na salę operacyjną (swoją drogą ta jazda na wózku to był pełen hardcore, bo proszę sobie wyobrazić jakie to uczucie siedzieć, kiedy dzidziuś jest już prawie na zewnątrz...), hop na łóżko (znieczulenie w kręgosłup jednoczesne z mega skurczem, a nie wolno się ruszyć!), hop kroplówka, tlen, czuję błogie nic nie czucie, tylko ten dyskomfort za zieloną kurtyną i to ciśnienie w głowie. Wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, a ja czuję taki dziwny żal, że jednak sama nie urodzę Hanuli.
07:55 pokazują mi Hanulę, ta moją córeczkę która szła na świat z zadartą główką. Jest zwinięta jak rogalik, różowiutka i ma czarne włoski! Potem szycie, a ja słyszę jak Ona płacze, a ja tu leżę taka bezsilna. I z tego wszystkiego najgorsze było właśnie to, że w ciągu tych pierwszych godzin nie mogłam się nią zająć całą sobą. Tylko Miaużonek podtykał mi ją pod nos, a ja wciąż marudziłam, że widzę ją tylko z profilu, więc musiał zrobił jej zdjęcie en face i dopiero wtedy zobaczyłam jak ta moja Hanula wygląda.
Przez cały pobyt w szpitalu Hanula spała i musieliśmy budzić ją na karmienie. A takie pobudki trwały i do godziny... Otumaniona była biedula pewnie po tych kroplówkach moich, więc od drugiej doby ograniczałam się tylko do dwóch zwykłych tabletek przeciwbólowych, a położne mówiły, że twardziel ze mnie ;)
W miarę jak schodziło ze mnie znieczulenie i oszołomienie, dochodziło do mnie co się stało i jak źle było przez chwilę...
Potem już na oddziale największym szokiem było dla mnie jak tabuny obcych bab macają moje cycki. Rzeczywiście, w szpitalach panuje laktacyjny terror. Nas na szczęście ominęły cyckowe problemy (poza nawałem w trzecim dniu), jednak naoglądałam się mlekowych dramatów tyle, że do końca życia mi starczy. Jedna z położnych genialnie pokazała mi jak przystawiać malutką - poczekać aż szeroko otworzy buźkę, wtedy hop cyca w buzię i docisnąć główkę.
Poza tym zaskoczyło mnie też jak człowiek wyzbywa się wstydu. Jak ta nasza cielesność staje się taka... normalna. Tyle lat człowiek się krępuje, krępuje a potem w jednej sekundzie najintymniejsze rewiry tajnie strzeżone ogląda na raz ok. 10 osób, a człowiek mimo wszystko nie ma traumy jakiejś dajmy na to pourazowej ;), tylko bierze to jak coś najnormalniejszego w świecie. No chyba, że ten luz spowodowany jest otumanieniem polekowym ;)
Malutka pierwszą noc spędziła u położnych, ale od drugiego dnia była już ze mną non stop. W dzień przy Hani pomagali mi Mama i Miaużonek, ale nocami byłyśmy już same i nie powiem... ciężko było, bo zanim obróciłam się z boku na bok to mijały wieki, nie wspominając już o wstawaniu, które było cudem. Takim oto sposobem Hania noce spędzała ze mną w łóżku i tak na leżąco ją i karmiłam i przewijałam i lulałam. Niezłe wygibasy wyczyniałam na tym łóżku tak swoją drogą. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można z własnej woli decydować się na cesarkę...
Opieka w szpitalu? Miałam bardzo dobrą opiekę, dwuosobowy pokój z własną łazienką, położne zaglądające co godzinę i służące radą i pomocą co chwilę. Ale zastanawiam się czy to zaangażowanie i dobra opieka to standard, czy też dlatego, że byłam pacjentką zastępcy ordynatora i znajomą paru innych osób w szpitalu...
Już właściwie poród z dnia na dzień wydaje mi się abstrakcją. Podobnie jak ciąża, o której na razie przypomina mi jeszcze linia na brzuchu i rozciągnięty pępek. No i rozmiar brzuszka taki jaki miałam w 3 miesiącu ;) I pięć rozstępów na prawym cycku, które mam po mlekowym nawale (a już myślałam, że z ciąży wyjdę bez szwanku).
I jeszcze Miaużonek. Pamiętam, że się rozpłakał, jak zobaczył Hankę (kompletnie mnie to rozwaliło), potem pół dnia zachwycał się jaka to ona piękna i jaka to do niego podobna i oczywiście już zaplanował nam kolejną dzidzię. Wariat.
A teraz. Nie umiem opisać tego co odczuwam, kiedy patrzę jak Miaużonek zajmuje się Hanią. Jak nocy zrywa się, kiedy tylko mała zakwili (aż muszę go powstrzymywać przed tym lataniem za każdym pisknięciem ;), jak z nią rozmawia i ja na nią patrzy...
Serce się rozpływa.
UPDATE. A najlepiej skurcze znosiłam w pozycji na czworaka. Podświadomnie ciało układało się właśnie w tej pozycji.
Wracamy do domu, jest 23:00, kładziemy się spać. Po pół godzinie już nie mogę ani stać, ani leżeć, skurcze dalej nieregularne - co 15 - 9 - 6 - 20 - 5 minut i tak w kółko, a boli tak, że chodzę na czworaka. O 03:00 zaczyna mnie już telepać z bólu, skurcze dalej nieregularne, ale pakujemy się i jedziemy. Na IP ekipa ma pewnie niezły z nas ubaw, ale przestaje być tak wesoło, kiedy okazuje się, że mam już 5 cm rozwarcia. Nie ma już czasu na zabawy w prysznic, piłki i inne porodowe atrakcje. Dwie godziny szalonych skurczy mijają bardzo szybko (tak szybko, że właściwie nie dochodzi do mnie, że to się już dzieeeeje!), pamiętam też kryzysowe 7 cm, kiedy byłam na miliard procent przekonana, że zaraz umrę. Jeszcze chwila i jest pełna dziesiątka. Niestety Heniorek w połowie utyka w kanale rodnym, zbiegają się chyba wszystkie położne na dyżurze, karzą mi dalej przeć, niestety KTG zaczyna szaleć, pojawia się wokół nas stu lekarzy, podtykają papiery do podpisu, szybko coś tłumaczą Miaużonkowi, wiozą mnie na salę operacyjną (swoją drogą ta jazda na wózku to był pełen hardcore, bo proszę sobie wyobrazić jakie to uczucie siedzieć, kiedy dzidziuś jest już prawie na zewnątrz...), hop na łóżko (znieczulenie w kręgosłup jednoczesne z mega skurczem, a nie wolno się ruszyć!), hop kroplówka, tlen, czuję błogie nic nie czucie, tylko ten dyskomfort za zieloną kurtyną i to ciśnienie w głowie. Wszystko dzieje się tak szybko i niespodziewanie, a ja czuję taki dziwny żal, że jednak sama nie urodzę Hanuli.
07:55 pokazują mi Hanulę, ta moją córeczkę która szła na świat z zadartą główką. Jest zwinięta jak rogalik, różowiutka i ma czarne włoski! Potem szycie, a ja słyszę jak Ona płacze, a ja tu leżę taka bezsilna. I z tego wszystkiego najgorsze było właśnie to, że w ciągu tych pierwszych godzin nie mogłam się nią zająć całą sobą. Tylko Miaużonek podtykał mi ją pod nos, a ja wciąż marudziłam, że widzę ją tylko z profilu, więc musiał zrobił jej zdjęcie en face i dopiero wtedy zobaczyłam jak ta moja Hanula wygląda.
Przez cały pobyt w szpitalu Hanula spała i musieliśmy budzić ją na karmienie. A takie pobudki trwały i do godziny... Otumaniona była biedula pewnie po tych kroplówkach moich, więc od drugiej doby ograniczałam się tylko do dwóch zwykłych tabletek przeciwbólowych, a położne mówiły, że twardziel ze mnie ;)
W miarę jak schodziło ze mnie znieczulenie i oszołomienie, dochodziło do mnie co się stało i jak źle było przez chwilę...
Potem już na oddziale największym szokiem było dla mnie jak tabuny obcych bab macają moje cycki. Rzeczywiście, w szpitalach panuje laktacyjny terror. Nas na szczęście ominęły cyckowe problemy (poza nawałem w trzecim dniu), jednak naoglądałam się mlekowych dramatów tyle, że do końca życia mi starczy. Jedna z położnych genialnie pokazała mi jak przystawiać malutką - poczekać aż szeroko otworzy buźkę, wtedy hop cyca w buzię i docisnąć główkę.
Poza tym zaskoczyło mnie też jak człowiek wyzbywa się wstydu. Jak ta nasza cielesność staje się taka... normalna. Tyle lat człowiek się krępuje, krępuje a potem w jednej sekundzie najintymniejsze rewiry tajnie strzeżone ogląda na raz ok. 10 osób, a człowiek mimo wszystko nie ma traumy jakiejś dajmy na to pourazowej ;), tylko bierze to jak coś najnormalniejszego w świecie. No chyba, że ten luz spowodowany jest otumanieniem polekowym ;)
Malutka pierwszą noc spędziła u położnych, ale od drugiego dnia była już ze mną non stop. W dzień przy Hani pomagali mi Mama i Miaużonek, ale nocami byłyśmy już same i nie powiem... ciężko było, bo zanim obróciłam się z boku na bok to mijały wieki, nie wspominając już o wstawaniu, które było cudem. Takim oto sposobem Hania noce spędzała ze mną w łóżku i tak na leżąco ją i karmiłam i przewijałam i lulałam. Niezłe wygibasy wyczyniałam na tym łóżku tak swoją drogą. Chyba nigdy nie zrozumiem jak można z własnej woli decydować się na cesarkę...
Opieka w szpitalu? Miałam bardzo dobrą opiekę, dwuosobowy pokój z własną łazienką, położne zaglądające co godzinę i służące radą i pomocą co chwilę. Ale zastanawiam się czy to zaangażowanie i dobra opieka to standard, czy też dlatego, że byłam pacjentką zastępcy ordynatora i znajomą paru innych osób w szpitalu...
Już właściwie poród z dnia na dzień wydaje mi się abstrakcją. Podobnie jak ciąża, o której na razie przypomina mi jeszcze linia na brzuchu i rozciągnięty pępek. No i rozmiar brzuszka taki jaki miałam w 3 miesiącu ;) I pięć rozstępów na prawym cycku, które mam po mlekowym nawale (a już myślałam, że z ciąży wyjdę bez szwanku).
I jeszcze Miaużonek. Pamiętam, że się rozpłakał, jak zobaczył Hankę (kompletnie mnie to rozwaliło), potem pół dnia zachwycał się jaka to ona piękna i jaka to do niego podobna i oczywiście już zaplanował nam kolejną dzidzię. Wariat.
A teraz. Nie umiem opisać tego co odczuwam, kiedy patrzę jak Miaużonek zajmuje się Hanią. Jak nocy zrywa się, kiedy tylko mała zakwili (aż muszę go powstrzymywać przed tym lataniem za każdym pisknięciem ;), jak z nią rozmawia i ja na nią patrzy...
Serce się rozpływa.
UPDATE. A najlepiej skurcze znosiłam w pozycji na czworaka. Podświadomnie ciało układało się właśnie w tej pozycji.
niedziela, 20 listopada 2011
Notka o cycu
Przed chwilą przeczytałam ten o to wpis u Hafiji i tak mnie natchnęło na notkę o cycu ;)
Przed ciążą miałam rozmiar biustu prawie zerowy, więc ciocie dobra rada święcie wątpiły w to, czy piersią dziecko wykarmię. Przez całą ciążę nie wypłynęła mi ani kropelka mleka, a mimo to z mojego zerowego prawie biustu trysnęła rzeka mleka ;)
Hankę przystawiono mi do cyca właściwie od razu, jeszcze kiedy byłam sparaliżowana znieczuleniem. Malutka urodziła się o 07:55, a istotę ssania załapała jeszcze tego samego wieczora. Fakt, mordowałyśmy się cały dzień ;), a kilka kolejnych dni męczyłyśmy się po 15 - 20 minut, zanim mały ssak dobrze się zassał ;) Trzeciego natomiast dnia pojawiła się rzeka mleka i wtedy dopadł mnie pierwszy kryzys. Bo nie dość, że brzuch boli po cc to jeszcze ten ból piersi... Miałam ze sobą laktator, ale okazał się kompletnie do niczego i w potwornych boleściach musiałam użyć rąk własnych, coby troszkę tej nadwyżki się pozbyć, bo dziecię moje było na haju po moich kroplówkach przeciwbólowych i budziło się na karmienia z wieeelkim trudem. Drugi kryzys pojawił się już w domu, kiedy ciocie dobra rada zaczęły owe słynne tyrady o braku mleka, o bezwartościowym mleku, o nienajadaniu się, odciąganiu i sprawdzaniu poziomu tłuszczu itp. A, że tego dnia Malutka płakała i płakała, to płakałam razem z nią i myślałam jakie tu mleko trzeba kupić, bo dziecko głodne, a ja mam pewnie bezwartościowy pokarm, albo w ogóle go nie mam, bo mam podejrzanie miękkie piersi... Oczywiście czytałam o tych wszystkich trudnościach, objawach itp, ale ciocie dobra rada potrafią człowieka skutecznie otumanić swoimi mądrościami...
Wszelkie kryzysy skończyły się, kiedy odjechały wszystkie ciocie dobra rada, a my zostaliśmy sami. I kiedy w spokoju mogłam zacząć karmić Malutką, która notabene w ciągu 2 tygodni przybrała na tym moim mleku 450 g. I dziś wszelkie rady puszczam sobie bokiem, bo są ... warte.
PS. Miałam też w związku z karmieniem piersią taki hmm... kryzys cielesno - psychiczny ;). Bo nie dość, że wszędzie z tym cycem gołym (a ja dość wstydliwą osobą jestem) to jeszcze ten ssaczek mały objął go w swoje posiadanie i oddać nie chce. No i jak to? Tak na każde żądanie? A co ze mną? Będę tylko mlecznym cycem? I ten kryzys też sobie poszedł, jest czas i na karmienie i na sen i na miłą lekturę czy ciekawy film, a nawet i na ugotowanie obiadu i wyprasowanie sterty śpioszków. A karmienie Hani staje się z dnia na dzień coraz łatwiejsze i przyjemniejsze. I coraz sprawniej nam to idzie, niedługo może nawet będę umiała jednocześnie karmić i pisać na klawiaturze ;)
Przed ciążą miałam rozmiar biustu prawie zerowy, więc ciocie dobra rada święcie wątpiły w to, czy piersią dziecko wykarmię. Przez całą ciążę nie wypłynęła mi ani kropelka mleka, a mimo to z mojego zerowego prawie biustu trysnęła rzeka mleka ;)
Hankę przystawiono mi do cyca właściwie od razu, jeszcze kiedy byłam sparaliżowana znieczuleniem. Malutka urodziła się o 07:55, a istotę ssania załapała jeszcze tego samego wieczora. Fakt, mordowałyśmy się cały dzień ;), a kilka kolejnych dni męczyłyśmy się po 15 - 20 minut, zanim mały ssak dobrze się zassał ;) Trzeciego natomiast dnia pojawiła się rzeka mleka i wtedy dopadł mnie pierwszy kryzys. Bo nie dość, że brzuch boli po cc to jeszcze ten ból piersi... Miałam ze sobą laktator, ale okazał się kompletnie do niczego i w potwornych boleściach musiałam użyć rąk własnych, coby troszkę tej nadwyżki się pozbyć, bo dziecię moje było na haju po moich kroplówkach przeciwbólowych i budziło się na karmienia z wieeelkim trudem. Drugi kryzys pojawił się już w domu, kiedy ciocie dobra rada zaczęły owe słynne tyrady o braku mleka, o bezwartościowym mleku, o nienajadaniu się, odciąganiu i sprawdzaniu poziomu tłuszczu itp. A, że tego dnia Malutka płakała i płakała, to płakałam razem z nią i myślałam jakie tu mleko trzeba kupić, bo dziecko głodne, a ja mam pewnie bezwartościowy pokarm, albo w ogóle go nie mam, bo mam podejrzanie miękkie piersi... Oczywiście czytałam o tych wszystkich trudnościach, objawach itp, ale ciocie dobra rada potrafią człowieka skutecznie otumanić swoimi mądrościami...
Wszelkie kryzysy skończyły się, kiedy odjechały wszystkie ciocie dobra rada, a my zostaliśmy sami. I kiedy w spokoju mogłam zacząć karmić Malutką, która notabene w ciągu 2 tygodni przybrała na tym moim mleku 450 g. I dziś wszelkie rady puszczam sobie bokiem, bo są ... warte.
PS. Miałam też w związku z karmieniem piersią taki hmm... kryzys cielesno - psychiczny ;). Bo nie dość, że wszędzie z tym cycem gołym (a ja dość wstydliwą osobą jestem) to jeszcze ten ssaczek mały objął go w swoje posiadanie i oddać nie chce. No i jak to? Tak na każde żądanie? A co ze mną? Będę tylko mlecznym cycem? I ten kryzys też sobie poszedł, jest czas i na karmienie i na sen i na miłą lekturę czy ciekawy film, a nawet i na ugotowanie obiadu i wyprasowanie sterty śpioszków. A karmienie Hani staje się z dnia na dzień coraz łatwiejsze i przyjemniejsze. I coraz sprawniej nam to idzie, niedługo może nawet będę umiała jednocześnie karmić i pisać na klawiaturze ;)
Spacery
Uwielbiam spacery z Hanką. Na szczęście mamy blisko piękny i duży park z milionem alejek :)
Bardzo się wtedy relaksuję. I odpoczywam. I taka... dumna się czuję pchając przed sobą tą moją Hankę :)
PS. Hanka leży sobie opatulona, więc chłody jej nie straszne (mam nadzieję), a ja musiałam zainwestować w czapkę (Ja i czapka. Cud. Ale z drugiej strony ja i dziecko to też cud ;) i mega ciepłe rajtuzy i rękawiczki. Bez tego ani rusz. I śmigamy tak sobie z córą, choć w mżawkę spacer to nie najlepszy pomysł, bo matka z zachlapanymi okularami to matka stwarzająca niebezpieczeństwo na drodze ;) (a na kontakty oko mam zbyt wrażliwe brakiem snu płynnego).
Bardzo się wtedy relaksuję. I odpoczywam. I taka... dumna się czuję pchając przed sobą tą moją Hankę :)
PS. Hanka leży sobie opatulona, więc chłody jej nie straszne (mam nadzieję), a ja musiałam zainwestować w czapkę (Ja i czapka. Cud. Ale z drugiej strony ja i dziecko to też cud ;) i mega ciepłe rajtuzy i rękawiczki. Bez tego ani rusz. I śmigamy tak sobie z córą, choć w mżawkę spacer to nie najlepszy pomysł, bo matka z zachlapanymi okularami to matka stwarzająca niebezpieczeństwo na drodze ;) (a na kontakty oko mam zbyt wrażliwe brakiem snu płynnego).
czwartek, 17 listopada 2011
Zdjęciowo
A kuku!

Co to za włochaty potwór?

Hanka przedspacerowa na odlocie poobiadowym ;)

Autoportret połamańca z córką (bardzo ciężko zrobić sobie samemu zdjęcie z dzieciem na piersi)

PS. A dziś po raz pierwszy spędziłyśmy same całą, długą noc, ponieważ Miaużonka praca wezwała. I nie powiem, w pewnym momencie kursując pomiędzy pokoikiem a kuchnią (kosz na pieluchy)zamroczyło mnie z lekka, nie trafiłam w drzwi, a we framugę i mam dziś limo no głowie. Zwykle nocami małą podaje mi i przewija Miaużonek, ja tylko otwieram i zamykam bar mleczny ;), więc pomoc mam ogromną.
Ale dałyśmy radę ;)
Co to za włochaty potwór?
Hanka przedspacerowa na odlocie poobiadowym ;)
Autoportret połamańca z córką (bardzo ciężko zrobić sobie samemu zdjęcie z dzieciem na piersi)

PS. A dziś po raz pierwszy spędziłyśmy same całą, długą noc, ponieważ Miaużonka praca wezwała. I nie powiem, w pewnym momencie kursując pomiędzy pokoikiem a kuchnią (kosz na pieluchy)zamroczyło mnie z lekka, nie trafiłam w drzwi, a we framugę i mam dziś limo no głowie. Zwykle nocami małą podaje mi i przewija Miaużonek, ja tylko otwieram i zamykam bar mleczny ;), więc pomoc mam ogromną.
Ale dałyśmy radę ;)
środa, 16 listopada 2011
Miny mojej Hanki
Moja Hania strzela takie miny w trakcie jedzenia, że Jim Carrey się chowa i wstydzi ;).
Hanka przy cycu ma chyba jakieś odloty, bo czasem aż wywala gały do góry nogami, a ja trzęsę się ze śmiechu tak, że o mało co jej tego cycusia z ust nie wytrącam. A największy odlot jest już po jedzeniu, kiedy Hanka leży, wzdycha i cała jest rozanielona taka. Muszę jakoś zrobić jej zdjęcie ku pamięci, bo widoki są nieziemskie ;)
PS. Dziś już trzeci raz byliśmy na spacerze i dopiero teraz zauważam jakie mamy chodniki beznadziejne, jak dużo utrudnień komunikacyjnych, ile brakujących podjazdów i zjazdów. Wcześniej w ogóle tego nie dostrzegałam. I nie chodzi tylko o mamy z wózkami, (bo takowe jak się zaprą to wózek podniosą)co o osoby na wózkach inwalidzkich np., albo chociażby o kulach. Porażka. Zanim dochodzimy do pobliskiego parku jestem już wykończona omijaniem dziur, wyrw i szukaniem krawężnika niższego niż 15 cm. Hanką telepie w tym wózku, że aż jej główka lata na wszystkie strony, ale śpi twardo (tfutfu), chyba od nadmiaru tlenu... bądź spalin tych okropnych.
Hanka przy cycu ma chyba jakieś odloty, bo czasem aż wywala gały do góry nogami, a ja trzęsę się ze śmiechu tak, że o mało co jej tego cycusia z ust nie wytrącam. A największy odlot jest już po jedzeniu, kiedy Hanka leży, wzdycha i cała jest rozanielona taka. Muszę jakoś zrobić jej zdjęcie ku pamięci, bo widoki są nieziemskie ;)
PS. Dziś już trzeci raz byliśmy na spacerze i dopiero teraz zauważam jakie mamy chodniki beznadziejne, jak dużo utrudnień komunikacyjnych, ile brakujących podjazdów i zjazdów. Wcześniej w ogóle tego nie dostrzegałam. I nie chodzi tylko o mamy z wózkami, (bo takowe jak się zaprą to wózek podniosą)co o osoby na wózkach inwalidzkich np., albo chociażby o kulach. Porażka. Zanim dochodzimy do pobliskiego parku jestem już wykończona omijaniem dziur, wyrw i szukaniem krawężnika niższego niż 15 cm. Hanką telepie w tym wózku, że aż jej główka lata na wszystkie strony, ale śpi twardo (tfutfu), chyba od nadmiaru tlenu... bądź spalin tych okropnych.
poniedziałek, 14 listopada 2011
2 tygodnie
Dziś nasza córeczka kończy dwa tygodnie. Zbyt szybko płynie ten czas, aż mi się płakać czasem chce, kiedy spoglądam na zegarek a tu już cały dzień za nami. W ciąży czas biegł jak szalony, a teraz to już w ogóle galopuje.
Póki co, wciąż się dopasowujemy do siebie. Hania budzi się na jedzenie różnie - co dwie, trzy, a czasem i prawie cztery godziny. Czasami dopada ją "ból istnienia" jak mawiamy z Miaużonkiem i wtedy trzeba utulić, ululać i wycałować tą naszą pchełkę małą.
Ale wciąż największym zaskoczeniem jest dla mnie to, jak człowiek wyzbywa się tego egoizmu i jak uczy się cierpliwości. Czasem sama nas dwojga nie poznaję ;)
Co do mnie i mojego ciała, to już właściwie nie pamiętam, że jeszcze niedawno tak bolało ;). Fakt, niczego nie noszę i póki co na spacerki chodzimy z Miaużonkiem (ktoś musi znieść nasze taboły z III piętra), ale właściwie śmigam jakby nigdy mnie nie pocięli ;) Co do wagi, to nie wiem ile mi ubyło, bo wagi w domu nie posiadam, więc pewnie zważę się dopiero u naszego pana dohtorrra.
Zbieram się też do napisania notki o porodzie, żeby było tak ku pamięci. Pewnie ten opis będzie inny, teraz po 2 tygodniach niż gdybym pisała dzień po, ale moją naczelną myślą jest wciąż to, że pomimo tylu opowieści, ton przeczytanych książek i gazet, nie byłam przygotowana na takie doznania.
Póki co, wciąż się dopasowujemy do siebie. Hania budzi się na jedzenie różnie - co dwie, trzy, a czasem i prawie cztery godziny. Czasami dopada ją "ból istnienia" jak mawiamy z Miaużonkiem i wtedy trzeba utulić, ululać i wycałować tą naszą pchełkę małą.
Ale wciąż największym zaskoczeniem jest dla mnie to, jak człowiek wyzbywa się tego egoizmu i jak uczy się cierpliwości. Czasem sama nas dwojga nie poznaję ;)
Co do mnie i mojego ciała, to już właściwie nie pamiętam, że jeszcze niedawno tak bolało ;). Fakt, niczego nie noszę i póki co na spacerki chodzimy z Miaużonkiem (ktoś musi znieść nasze taboły z III piętra), ale właściwie śmigam jakby nigdy mnie nie pocięli ;) Co do wagi, to nie wiem ile mi ubyło, bo wagi w domu nie posiadam, więc pewnie zważę się dopiero u naszego pana dohtorrra.
Zbieram się też do napisania notki o porodzie, żeby było tak ku pamięci. Pewnie ten opis będzie inny, teraz po 2 tygodniach niż gdybym pisała dzień po, ale moją naczelną myślą jest wciąż to, że pomimo tylu opowieści, ton przeczytanych książek i gazet, nie byłam przygotowana na takie doznania.
piątek, 11 listopada 2011
Nas troje plus pies
Dziś po raz pierwszy od porodu jesteśmy w trójkę, a właściwie czwórkę, bo Czworonog to nasz pierworodny ;)))
I jest cudnie :) KLIK i wszystkie elementy są na swoim miejscu. Muszę się tylko pilnować, żeby nie sterczeć non stop nad łóżeczkiem, ale... po prostu nie mogę się napatrzeć na tą moją Hanulkę.
A kiedy patrzę na tych dwoje, to...

momentalnie mam fontannę z oczu...
PS. Hanulka ładnie je z piersi, a ja właściwie poza jedną dobą nawału jakoś sobie radzę z tym karmieniem, choć na początku ze względu na cięcie karmiłam ją tylko na leżąco. Potem był rogal, a dziś już jemy prawie w każdej pozycji ;). W nocy mamy dwie pobudki, a póki co (tfu! tfu!) Heniorek śpi po 3- 3,5 h, więc jesteśmy w miarę świadomi dnia, miesiąca i roku ;)
Na razie werandujemy, dziś dobijamy do 20 minut, a jutro czeka nas pierwszy spacer, na który z wytęsknieniem czekam przede wszystkim ja ;) Coby to włos zrobić i ubrać coś innego niż legginsy i bluzę ;)
I jest cudnie :) KLIK i wszystkie elementy są na swoim miejscu. Muszę się tylko pilnować, żeby nie sterczeć non stop nad łóżeczkiem, ale... po prostu nie mogę się napatrzeć na tą moją Hanulkę.
A kiedy patrzę na tych dwoje, to...
momentalnie mam fontannę z oczu...
PS. Hanulka ładnie je z piersi, a ja właściwie poza jedną dobą nawału jakoś sobie radzę z tym karmieniem, choć na początku ze względu na cięcie karmiłam ją tylko na leżąco. Potem był rogal, a dziś już jemy prawie w każdej pozycji ;). W nocy mamy dwie pobudki, a póki co (tfu! tfu!) Heniorek śpi po 3- 3,5 h, więc jesteśmy w miarę świadomi dnia, miesiąca i roku ;)
Na razie werandujemy, dziś dobijamy do 20 minut, a jutro czeka nas pierwszy spacer, na który z wytęsknieniem czekam przede wszystkim ja ;) Coby to włos zrobić i ubrać coś innego niż legginsy i bluzę ;)
środa, 9 listopada 2011
Sama
Chyba jestem egoistką, ale wolałabym już zostać z Hanią sama... Od porodu jest z nami moja mama i właściwie od ponad tygodnia mam wieczne poczucie winy, bo Hania NAPEWNO się nie najada, bo PRZECIEŻ ona nie ssie tylko się bawi, jak możesz oglądać TV i nawet nie zajrzeć do dziecka, OBUDŹ ją już minęły 3 godziny, ona ma ZIMNE nóżki przykryj ją czymś i tak w kółko od tygodnia. Oczywiście nie mogę pisnąć słowa, bo zaraz będzie, że DEPRESJA POPORODOWA. Jestem tak spięta, że zdrętwiała mi połowa kręgosłupa.
Boszzzz. Nie mogę przecież Mamy z domu wypędzić. Pomaga OGROMNIE i widzę jak się cieszy z wnusi, nie mam sumienia odbierać jej tych chwil, ale w duszy... No właśnie. Jeszcze kilka dni przed nami z MEGA NADOPIEKUŃCZĄ babcią. Panie, daj cierpliwość.
Boszzzz. Nie mogę przecież Mamy z domu wypędzić. Pomaga OGROMNIE i widzę jak się cieszy z wnusi, nie mam sumienia odbierać jej tych chwil, ale w duszy... No właśnie. Jeszcze kilka dni przed nami z MEGA NADOPIEKUŃCZĄ babcią. Panie, daj cierpliwość.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Tydzień
Dziś nasz Heniorek kończy tydzień.

A wczoraj zaliczyłyśmy pierwszą akcję pt. "Córko nie wiem o co ci chodzi." Od godziny 17 do 21 Hanula najedzona, przebrana i utulona mimo wszystko marudziła i marudziła. I co pomogło? Włączyłam jej muzyczkę, tą którą Heniorek słuchała będąc jednocześnie w brzuszku. I ten widok - mojej córci słuchającej tej naszej muzyki tak mnie rozwalił, że szok :)
A wczoraj zaliczyłyśmy pierwszą akcję pt. "Córko nie wiem o co ci chodzi." Od godziny 17 do 21 Hanula najedzona, przebrana i utulona mimo wszystko marudziła i marudziła. I co pomogło? Włączyłam jej muzyczkę, tą którą Heniorek słuchała będąc jednocześnie w brzuszku. I ten widok - mojej córci słuchającej tej naszej muzyki tak mnie rozwalił, że szok :)
sobota, 5 listopada 2011
Hania...
***
Jestem właściwie zdziwiona tym, jak szybko zapomina się o bólu, który się przeszło. Albo o kilkunastu razach, kiedy ni licho nie mogłam przystawić Hanuli do cyca, albo kiedy te cyce były wielkości arbuzów o temperaturze szkła w hucie ;)
Poród? No cóż... rodziłam naturalnie, a cesarkę dostałam w gratisie ;) Rodziła nam się ta Hanka z łepkiem w górę zadartym i właściwie w ostatnim momencie lekarze zdecydowali o cesarce. Pierwsze dni było no cóż...dość ciężkie. Ni wstać, ni obrócić się, ni dzieckiem zająć, ale teraz z godziny na godzinę jest już lepiej. Przede wszystkim mogę wziąć moją Hanulę na ręce bez obawy, że ją wypuszczę z bólu ;) i napawać, napawać, napawać się tą moją córeczką :)
PS. Acha. Nie zapominajmy o naszym Czworonogu, który od wczoraj pilnuje Hani non stop.
piątek, 4 listopada 2011
niedziela, 30 października 2011
Pomalutku
sobota, 29 października 2011
3 dni po terminie...
dziś rano miałam kolejne KTG. Nie lubię tego badania, bo pomimo najpiękniejszego dźwięku świata, to te skaczące literki tak mnie stresują, że dziw, że jeszcze na tej leżance nie urodziłam.
W poniedziałek kolejne badanie.
Zaczynam mieć wrażenie, że nigdy nie urodzę.
Hanuś wychodź już, nie stresuj mamusi ;)
W poniedziałek kolejne badanie.
Zaczynam mieć wrażenie, że nigdy nie urodzę.
Hanuś wychodź już, nie stresuj mamusi ;)
piątek, 28 października 2011
2w1, +2
Hance jest w brzuchu bardzo dobrze. Jeśli do 02.11.2011 nie wyjdzie sama, mam zgłosić się do szpitala. Kończę, bo zaraz jadę na KTG.
Córaaaa, dawaaaj na zewnątrz, no...
Córaaaa, dawaaaj na zewnątrz, no...
czwartek, 27 października 2011
Dalej w dwupaku, + 1
Coś tam się działo wieczorem w moim brzuchu, ale zasnęłam i wstałam świeżutka jak letni zefirek. Hanula też kręci się żwawo, więc zapominamy o terminach i żyjemy sobie dalej w dwupaku, jak gdyby nigdy nic.
Poza tym, jestem rozkojarzona potwornie. Bicie naczyń na potęgę, chowanie pilota od tv w lodówce, a chleba w pralce, jeszcze jako tako można tłumaczyć. Ale ustawienie przelewów internetowych x 2 do jednego odbiorcy (a odbiorców takich było 4) to już chyba lekka przesada. Tym sposobem w kilkanaście minut pozbyłam się całej wypłaty. Cały dzisiejszy ranek odkręcałam tą sprawę i teraz modlę się o uczciwość ludzką, że mi te nadwyżki odeślą...
PS. Jutro wizyta u naszego dohtorra. Ciekawe, co dalej. Dziś rozpoczęłyśmy 41 tydzień razem:

Dobrze nam razem, ale świat na zewnątrz też jest piękny, Córeczko...
Poza tym, jestem rozkojarzona potwornie. Bicie naczyń na potęgę, chowanie pilota od tv w lodówce, a chleba w pralce, jeszcze jako tako można tłumaczyć. Ale ustawienie przelewów internetowych x 2 do jednego odbiorcy (a odbiorców takich było 4) to już chyba lekka przesada. Tym sposobem w kilkanaście minut pozbyłam się całej wypłaty. Cały dzisiejszy ranek odkręcałam tą sprawę i teraz modlę się o uczciwość ludzką, że mi te nadwyżki odeślą...
PS. Jutro wizyta u naszego dohtorra. Ciekawe, co dalej. Dziś rozpoczęłyśmy 41 tydzień razem:

Dobrze nam razem, ale świat na zewnątrz też jest piękny, Córeczko...
środa, 26 października 2011
Dzień terminu...
a Hanula macha sobie nóżkami obijając o moje żebra w moim brzuchu dalej sobie siedząc w najlepsze.
W piątek wizyta u lekarza. Tyle, że w piątek to ja już wolałabym mieć Hankę u boku swego.
Córko kochana, możesz już wychodzić!
Dziwne uczucie tak poza tym. Oto nadejszła ta wielkopomna chwila, a tu cisza ;) Hanka ma inne plany najwyraźniej ;)
No nic, czekamy.
PS. Tak poza tym, tyle się słyszy o niesamowitych snach ciężarnych. Ja przez całą ciążę nie pamiętałam ani jednego. Aż do wczoraj. Był to sen z mówieniem na głos. Śniło mi się, że uczę różne maskotki - misie, króliczki i takie tam zwierzątka, dobrych manier przy obiedzie w restauracji, tj. których sztućców używać, jak układać serwetkę i takie tam. I tak to Miaużonka obudziły takie to słowa moje: Misiu ten widelec służy do deserów, używamy go na końcu. Nie bój się, poradzisz sobie.
Ciekawe, ciekawe hehe, orędowniczka dobrych manier ze mnie ;)
W piątek wizyta u lekarza. Tyle, że w piątek to ja już wolałabym mieć Hankę u boku swego.
Córko kochana, możesz już wychodzić!
Dziwne uczucie tak poza tym. Oto nadejszła ta wielkopomna chwila, a tu cisza ;) Hanka ma inne plany najwyraźniej ;)
No nic, czekamy.
PS. Tak poza tym, tyle się słyszy o niesamowitych snach ciężarnych. Ja przez całą ciążę nie pamiętałam ani jednego. Aż do wczoraj. Był to sen z mówieniem na głos. Śniło mi się, że uczę różne maskotki - misie, króliczki i takie tam zwierzątka, dobrych manier przy obiedzie w restauracji, tj. których sztućców używać, jak układać serwetkę i takie tam. I tak to Miaużonka obudziły takie to słowa moje: Misiu ten widelec służy do deserów, używamy go na końcu. Nie bój się, poradzisz sobie.
Ciekawe, ciekawe hehe, orędowniczka dobrych manier ze mnie ;)
wtorek, 25 października 2011
poniedziałek, 24 października 2011
czwartek, 20 października 2011
6 dni...
Jesteśmy u rodziców, bo Miaużonek ma wolne, a to cud, który trzeba wykorzystać do cna. Jakby nie patrzeć to jesteśmy 50 km od naszego doktora, szpitala i mojej torby ;). Zostało nam 6 dni, ale zastanawiam się, czy przypadkiem nie przechodzę terminu. Bo czuję się jakbym była w szóstym miesiącu, a nie zaczynała 40 tydzień ciąży! Albo będę pierwszym przypadkiem kobiety, która przegapiła swój poród ;)
Poza tym moja Matula ma dziś imieniny, no i niestety wnuczki raczej w prezencie nie dostanie ;) Ale w kolejce jest jeszcze brat: 28 października i siostra: 30 października...
PS. W domu nie mam centymetra (taka ze mnie gospodyni ;), więc u mamy mam okazję zapisać ku pamięci, jak to się rozrosłam wzdłuż i wszerz, coby dziecię moje kochane wyhodować:
talia: przed - 62 cm, aktualnie: 106 cm, + 44 cm
biust: przed - 88 cm, aktualnie: 94 cm, + 6 cm (oczywiście w biuście najmniej, taka to sprawiedliwość!)
biodra: przed - 88 cm, aktualnie: 101 cm, + 13 cm
waga: przed - 52,5 kg, aktualnie: 68,5 kg, + 16 kg
stopa: przed - rozm. 37, aktualnie: rozm. 38
Poza tym moja Matula ma dziś imieniny, no i niestety wnuczki raczej w prezencie nie dostanie ;) Ale w kolejce jest jeszcze brat: 28 października i siostra: 30 października...
PS. W domu nie mam centymetra (taka ze mnie gospodyni ;), więc u mamy mam okazję zapisać ku pamięci, jak to się rozrosłam wzdłuż i wszerz, coby dziecię moje kochane wyhodować:
talia: przed - 62 cm, aktualnie: 106 cm, + 44 cm
biust: przed - 88 cm, aktualnie: 94 cm, + 6 cm (oczywiście w biuście najmniej, taka to sprawiedliwość!)
biodra: przed - 88 cm, aktualnie: 101 cm, + 13 cm
waga: przed - 52,5 kg, aktualnie: 68,5 kg, + 16 kg
stopa: przed - rozm. 37, aktualnie: rozm. 38
wtorek, 18 października 2011
Wizyta
Wczoraj byliśmy na ostatniej (chyba) wizycie u naszego ginekologa. Udało nam się podejrzeć twarzyczkę naszej Malutkiej, tak akurat się ułożyła. Akurat konsumowała sobie wody płodowe, lub to co z nich zostało ;) Jednakże warunki ma bardzo dobre, więc siedzi sobie w brzuszku wygodnie, a raczej wisi sobie i póki co brak objawów zbliżającego się wyklucia. Do terminu 8 dni. Może pójdę w ślady mojej Mamy i urodzę idealnie w terminie?
Poza tym, przy każdej możliwej sposobności korzystamy z uroków jesieni i ostatnich słonecznych i ciepłych dni...



Już niedługo będzie nas czwórka spacerujących :)
Poza tym, przy każdej możliwej sposobności korzystamy z uroków jesieni i ostatnich słonecznych i ciepłych dni...
Już niedługo będzie nas czwórka spacerujących :)
niedziela, 16 października 2011
Hormony a reklama rajstop
No i się poryczałam. Potwornie. Na tej reklamie. Rajstop jakby nie patrzeć.
***
Poza tym, dawno nie było zdjęć brzucha. I kiedy tak patrzę na zdjęcia, to nie widać tego obniżenia, choć ja je odczuwam (albo tak mi się wydaje, bo np. moja mama na oba porody jechała z brzuchem hen wysoko, wysoko):

A tu zdjęcie - demotywator, albo właśnie motywator, czyli 15 kg temu było się smukłą i gibką syrenką ;) :

Kto by pomyślał, że ludzka skóra może być tak rozciągliwa? ;)
piątek, 14 października 2011
Jesień

Może jestem dziwna, ale... uwielbiam jesień. Nawet te szare, mokre i bure dni. Jesień bardzo bliska jest mojej naturze wewnętrznej. Wszyscy wokoło narzekają na jesienną chandrę, a ja kontempluję te zmiany, to spowolnienie i mglistą melancholię ;)
Jedynym minusem jesieni jest deszcz, który z pięknego włosia naszego Czworonoga, robi zmechaconą kupę kłaków ;). Przed nami kolejna wizyta u psiego fryzjera, coby Hanula nie przestraszyła się takiego zarośniętego stwora:

PS. Mam eksplozję energetyczną. Nosi mnie, po prostu nosi. Miaużonek patrzy na mnie z przerażeniem i normalnie na mnie krzyczy! Dziś chciałam jechać na grzyby, czy to coś złego? :)
Acha. Mam pewną dolegliwość ciążową. Ból kolan. Miaużonek mówi, że to od ganiania w kółko, ja raczej uważam, że to od noszenia nowych kilogramów po prostu. I poza tym chyba obniżył mi się brzuch, a poznaję to po tym, że jak siedzę, to leży mi ten brzuch na udach.
środa, 12 października 2011
wtorek, 11 października 2011
Dreszczyk
Właściwie nic ciekawego nie mam do napisania, zajrzałam tylko na bloga, żeby sprawdzić suwaczkowy stan, tzn. który to dzień, ile do końca - taki tam nałóg ciążowy...
No i jak zobaczyłam, że to 15 days to go, to... nie powiem... sparaliżowało mnie z lekka. Ekhm i tak jakby stresik mnie obleciał?
To ja może idę się czymś zająć, coby nie myśleć.
PS. Z weekendu u rodziców przywiozłam 2 reklamówki ubranek. Podejrzewam, że moja mama wpadła w dzieciowoubraniowy zakupoholizm.
No i jak zobaczyłam, że to 15 days to go, to... nie powiem... sparaliżowało mnie z lekka. Ekhm i tak jakby stresik mnie obleciał?
To ja może idę się czymś zająć, coby nie myśleć.
PS. Z weekendu u rodziców przywiozłam 2 reklamówki ubranek. Podejrzewam, że moja mama wpadła w dzieciowoubraniowy zakupoholizm.
piątek, 7 października 2011
Po spotkaniu z córką
Właśnie wróciłam od gina. Jeszcze nie rodzę, i dobrze, bo muszę wysprzątać dom na jutrzejszą mini parapetówkę, a poza tym mam jeszcze miliard rzeczy do zrobienia ;). Dziś w nocy myślałam, że właśnie wybija godzina zero, bo złapały mnie bóle takie, aż się zimnymi potami oblałam. Ale zasnęłam, a po obudzeniu czułam się wyśmienicie, więc to zapewne była reakcja żołądka na ciasto czekoladowe zagryzione sałatką śledziową ;). Ale do rzeczy...
Hanusiulka waży 3 kg i może sobie jeszcze rosnąć, bo wód ma w bród. Doktor mnie wymacał i orzekł, że do 3,5 kg przecisnę ;). Powyżej, to już będziemy się zastanawiać, bo bioderka mam jak młody chłopaczek.
Po każdej rance z córką, jestem na haju dosłownie. I teraz siedzę sobie i śmieję się jak głupi do sera. Bo widziałam kawałek, słodziutkiej, tłuściutkiej łydeczki ;), na przykład. Albo kawałek oczka mrugającego. Tak, po kawałku wszystkiego, bo to duża kobieta już jest i się w kadrze nie mieści ;)
Aaaaaaaaaaach.
PS. Cud ostatnich tygodni ciąży. Jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, a waga stoi w miejscu. Więc jem, jem, jem, jem, jem i jem, bo jak czytam perypetie żywieniowe matek karmiących piersią (a takową być zamierzam, o ile los pozwoli), to mam ochotę najeść się na zapas wszystkiego, dosłownie wszystkiego, co tylko na myśl mi przyjdzie ;)
PS 2. Do terminu wyklucia pozostało... 19 dni. A ja, o kurczę, w ogóle tego nie czuję. Nienormalna chyba jestem.
Hanusiulka waży 3 kg i może sobie jeszcze rosnąć, bo wód ma w bród. Doktor mnie wymacał i orzekł, że do 3,5 kg przecisnę ;). Powyżej, to już będziemy się zastanawiać, bo bioderka mam jak młody chłopaczek.
Po każdej rance z córką, jestem na haju dosłownie. I teraz siedzę sobie i śmieję się jak głupi do sera. Bo widziałam kawałek, słodziutkiej, tłuściutkiej łydeczki ;), na przykład. Albo kawałek oczka mrugającego. Tak, po kawałku wszystkiego, bo to duża kobieta już jest i się w kadrze nie mieści ;)
Aaaaaaaaaaach.
PS. Cud ostatnich tygodni ciąży. Jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, jem, a waga stoi w miejscu. Więc jem, jem, jem, jem, jem i jem, bo jak czytam perypetie żywieniowe matek karmiących piersią (a takową być zamierzam, o ile los pozwoli), to mam ochotę najeść się na zapas wszystkiego, dosłownie wszystkiego, co tylko na myśl mi przyjdzie ;)
PS 2. Do terminu wyklucia pozostało... 19 dni. A ja, o kurczę, w ogóle tego nie czuję. Nienormalna chyba jestem.
środa, 5 października 2011
Zgrzeszyłam...
zrobiłam olbrzymią pizzę i... zjadłam ją sama. Popijając 1,5 litrową Pepsi. Hanula dosłownie wiruje w kółko po tej dawce szalonego jadła... A matka teraz ledwo siedzi, a kanapa aż trzeszczy ;)
PS. 21 dni. Miaużonek powoli zaczyna panikować więc wygoniłam go na piwo z kolegą. Taka ze mnie dobra żona ;).
PS 2. Kilka razy dziennie zaglądam sobie ot tak, do hanusiowego pokoiku. Pewnego dnia się zdziwię, kiedy ją tam zastanę ;)))
PS. 21 dni. Miaużonek powoli zaczyna panikować więc wygoniłam go na piwo z kolegą. Taka ze mnie dobra żona ;).
PS 2. Kilka razy dziennie zaglądam sobie ot tak, do hanusiowego pokoiku. Pewnego dnia się zdziwię, kiedy ją tam zastanę ;)))
wtorek, 4 października 2011
22 dni...
(Czworonog standardowo nie opuszcza mnie na krok).
Jutro kończymy tydzień 37 i zaczynamy 38... Brzuch nadal wysoko, brak jakichkolwiek oznak w postaci skurczy przepowiadających itp. Tylko nocami marzę o kijach do nordic walking, cobym się na nich opierała przy wstawaniu do toalety. Apetyt nie opuszcza, więc w 9 miesiącu waga nie stanie, a już na pewno nie spadnie w dół.
Poza tym, energia mnie rozpiera i tylko resztki zdrowego rozsądku powstrzymują mnie przedcałodniową bieganiną i krzątaniną ;) Acha, jak Hanulka się obraca, albo próbuje prostować, to och,ach,ech ostatnio nawet myślałam, że mam zawał, bo wwiercała mi stópkę w serce normalnie ;) Silna już jest, skubana mała ;)
Zaraz idziemy do kina, bo Miaużonek ma wolny dzień, więc muszę wykorzystać ten fakt do cna ;)
piątek, 30 września 2011
Pokoik Hanulki
Skończony. Ubranka uprasowane, posortowane i poskładane. Gadżety i gadżeciki mają swoje miejsce. Zdjęcia jakości słabej, bo światło już popołudniowe, a w pokoiku jeszcze brak górnego sztucznego oświetlenia.










Ok, teraz mogę spokojnie usiąść i cierpliwie czekać na moją córeczkę.
PS. Ostatnio mamy gości tak często jak nigdy, a telefon właściwie dzwoni kilkanaście razy dziennie. Chyba wszyscy nas sprawdzają, czy się jeszcze mała nie wykluła ;)










Ok, teraz mogę spokojnie usiąść i cierpliwie czekać na moją córeczkę.
PS. Ostatnio mamy gości tak często jak nigdy, a telefon właściwie dzwoni kilkanaście razy dziennie. Chyba wszyscy nas sprawdzają, czy się jeszcze mała nie wykluła ;)
poniedziałek, 26 września 2011
Wizyta
Hanusia dalej młodsza o te kilka dni. Na dzień dzisiejszy ma 2600 kg i rozwija się prawidłowo to nasze maleństwo. U mnie też wszystko ok, robię się BIG MOMMA bo już 15 kg na plusie. No niestety nocne pałaszowanie czekolady robi swoje ;)
A poza tym... Wybraliśmy wózek. Ma wszystko, czego chcieliśmy i mam nadzieję, że się sprawdzi.
Bexa B4X:

W zestawie jeszcze fotelik, spacerówka i takie tam bajery jak torba, folia itp.
Acha. Spakowałam dziś nasze torby do szpitala. Coby w razie czego, o jeden stres było mniej. I powoli kończę hanusiny pokoik. Efekty niebawem... :)
A poza tym... Wybraliśmy wózek. Ma wszystko, czego chcieliśmy i mam nadzieję, że się sprawdzi.
Bexa B4X:
W zestawie jeszcze fotelik, spacerówka i takie tam bajery jak torba, folia itp.
Acha. Spakowałam dziś nasze torby do szpitala. Coby w razie czego, o jeden stres było mniej. I powoli kończę hanusiny pokoik. Efekty niebawem... :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

