Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracanowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracanowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 maja 2012

7 miesięcy (!!!)

Nasza Hanusia (która właśnie próbuje spełznąć z łóżka i zobaczyć jak to jest wylądować z hukiem na ziemi), kończy dziś siedem miesięcy...

Szok. Ta moja kruszynka jest już taką poważną wiekowo dziewczynką! Nie wierzę. Dla mnie Hanusia ma wciąż trzy miesiące...


PS. Ostatnio popsuło się nam zasypianie, tj. kiedy już Hania zaśnie, to śpi, ale zanim zaśnie to mija i godzina i półtorej. Męczy się potwornie z tym zasypianiem. Nie wiem, może kolejne ząbki? Może skok? Ogólnie ostatnio musimy być z nią non stop, nie ma mowy o zostawieniu Hanuli na chwilę samej, bo od razu marudzenie. Nie wiem, może to taki etap? Najchętniej bawiłaby się szaleńczo całymi dniami, taka jest rozrywkowa - tańczenie, gilgotanie, udawanie potwora - to jest zabawa ;)

Kończę, bo zaraz jedziemy zawieźć podanie o wychowawczy do mojej pracy. Niby wszystko ustalone, ale stres jest, bo wiadomo jak to jest z szefami.

czwartek, 17 maja 2012

Koniec kasy

Z końcem miesiąca przechodzę na urlop wychowawaczy, z którego najprawdopodobniej będę korzystać do końca roku. Nie ma innej opcji, bo cała rodzina mieszka w innym mieście i wszystkim do emerytury pozostało hen, kopę lat. Niania też odpada, bo zarabiałabym tylko na jej opłacenie, co kompletnie mija się z celem. Na żłobek Hanulka jest za mała, więc zostajemy razem :). Wciąż czekamy na wyniki naboru do żłobka. Plan jest taki, że po Nowym Roku wrócę do pracy 3/4 etatu, a Hanulka na kilka godzin będzie "chodziła" do żłobka. W państowych placówkach Hania jest 200 i 80 na liście, więc szykujemy się na prywatny żłobek. Czyli 600 złotych nie nasze.
Najbliższe lata spędzimy o chlebie i wodzie.
Uwielbiam politykę społeczną naszego kraju.


***

Nie wiem czy kojarzycie blogi Pranie i Matka Mojego Dziecka. Kiedyś byłam wiernym czytelnikiem, czytałam odkąd Mały był bardzo mały, bo świetnie opisywali życie ze swoim synkiem, tak zabawnie i z polotem. Dawno tam nie zaglądałam, bardzo dawno, aż przed chwilą postanowiłam zajrzeć co tam u nich. I...
Ich synek gninął 11 sierpnia w wypadku. Ten mały, główny bohater.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Melomanka

Nasza Hania najbardziej lubi 21 koncert fortepianowy Mozarta. Kręci takie piruety, że ach ach ach.

Bardzo reaguje też na wszelkie "bobasie ogłosy" u Raimonda Lapa. I właściwie ostatnio tylko tego słuchamy (na zmianę z Baby Einstein), w odstawkę odeszły moje Alanis, Jewel, Tori i Amy (MacDonald). Jeszcze będzie miała córcia czas poznać to, co mamusia lubi najbardziej :)

Nie tylko muzyka jest inna teraz w naszym domu. Wcześniej namiętne oglądaliśmy wszelkie horrory - od klasyków z lat 70 - tych po te współczesne i często pseudo. I ostatnio horror widziałam chyba w styczniu ;). Teraz poza wiadomościami nie oglądam właściwie nic. Wcześniej miałam "fazę" na Koontza, Cobena, Kinga, albo tematycznie - jak coś mnie zainteresowało - to czytałam wszystko na ten temat. A od lutego - sielanka w stylu Fannie Fagg, Sue Monk Kidd, Sharon Owens, częste powroty do Jeżycjady i Ań z Kanady. Normalnie gust mi się zmienił ;)

***
A jutro muszę iść do pracy. Fakt, że na godzinę lub dwie, ale dzisiejszy wieczór już nie mój (z nerwów). Rozliczenie miesiąca i nie wiem czego się spodziewać. No i muszę poinstruować trochę osobę, która mnie zastępuje - raporty i takie tam. Och, byle mieć to już z głowy.

czwartek, 21 lipca 2011

Kobieta domowa

od dziś jestem na L4. Dziwne uczucie. Nie gnać. Nie spoglądać nerwowo na zegarek. Podobno pierwszy dzień najtrudniejszy. Trochę taki detoks. I tak czuję, że cud się zdarzył, tj. obyło się bez jęków, min i marudzenia współpracowników.

Dobra, idę zapoznać się z domem ;)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Studniówka

Świętujemy dziś ;) Sto dni nam zostało do spotkania po drugiej stronie brzucha.

Btw w środę mam wizytę u dohtorrra i właściwie od tego dnia zamierzam przejść w stan spoczynku zawodowego. Dużo czynników się na to składa. A medalu za zasługi i tak nie dostanę, więc sprawa jasna.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Wagary

byłam dziś w pracy tylko dwie godziny i poszłam na wagary. Trochę gryzie mnie sumienie, bo dziś właściwie drzwi się nie zamykają i któraś z dziewczyn będzie musiała pracować za mnie. Ale z drugiej strony - ledwie doszłam dziś do pracy - dopiero dziś dopadło mnie zmęczenie po weekendowym lataniu. I po dwóch godzinach w pracy myślałam, że wykorkuję - nie usiadłam ani na chwilkę, więc do 18 byłabym trupem zapewne.

Zaraz się kładę i postanawiam spać do wieczora.

Poza tym muszę się zebrać i obfotografować rzeczy, które mamy już dla Malutkiej. A mamy tego, oj mamy :)

Dobranoc.

PS. Z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że Szanowny Miaużonek jest od 02.07.2011 dyplomowanym pedagogiem. A wczoraj dostał od córci kopniaka w nos i w ucho!

wtorek, 28 czerwca 2011

Byle do soboty...

Po powrocie do domu (ledwo się doczołgałam) popłakałam się ze zmęczenia. Przy kolejnej wizycie u gina poproszę o zwolnienie. Tylko nie wiem jak wytrzymam do tej połowy lipca :(

Nie daję już rady. Tzn. daję, ale po dowleczeniu się do domu padam nieprzytomna.
Basta.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Uffff....

ale gorąco... Siedzimy dziś z Czworonogiem (tzn. czworonog leży i dyszy nieborak nasz) i Córeczką (plumkającą aż milo, a najlepiej po lodach) przy zasłoniętych oknach, a w naszym mega zimnym mieszkaniu i tak mamy 28 stopni, podczas, gdy za oknem (w cieniu notabene):


Od zawsze jestem upałolubna, ale tegoroczne lato zapowiada się interesująco, bo: już ciężej mi się oddycha, nogi ważą dwie tony i... spaliłam sobie przedramiona, mimo, że siedziałam w cieniu! (w ogrodzie rodziców, wczoraj przy achjakżeprzepysznej karkóweczce z grilla). Od dziś niezbędną rzeczą w torebce (poza miliardem innych) będzie krem z filtrem!

Zaraz kończymy 20 tydzień i na chwilę obecną Hania inside wygląda tak (trochę niefortunne zdjęcie, bo i z ręki i z komórki, ale jestem po prostu lenieniem i wolę "puszczać" zdjęcia blutoothem, niż bawić się w kabelki itp. ;):



***

A jutro w pracy remament w moim dziale. No żesz muszą denerwować ciężarną, no muszą...Oczami wyobraźni widzę już te sceny dantejskie, te krzyki i biajatyki jutrzejsze... ;>
Ech, byle przeżyć do wieczora.

piątek, 27 maja 2011

Wczoraj...

w imieniu Hanusi dostałam kwiatki od jej Tatusia ;). Wciąż nie mogę uwierzyć, że jestem mamą rosnącej we mnie istotki ;). Codziennie sprawdzam wielkość brzucha i czekam wciąż czekam na kopniaki od córci i doczekać już się nie mogę. Na razie coś tam mi pluska i się przelewa. Dawaj córcia, dawaj :))).

Poza tym wczoraj, zrobiliśmy naszym Mamom niespodziankę, bo kompletnie bez zapowiedzi wpadliśmy z kwiatkami na Dzień Matki, a udało się tylko i wyłącznie dlatego, że ja dziś mam wolne, a Miaużonek miał do pracy dopiero na 14-stą.

A jutro i w niedzielę... szkolenie z pracy... Trzeci weekend z rzędu w pracy :/ Zmuszona byłam wziąć dzisiejszy dzień jako wolny, bo w przeciwnym razie pracowałabym non stop do połowy czerwca, a niestety czasem odpocząć trzeba.

Hmm... z tym odpoczynkiem to nie do końca, bo oczywiście nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam wielkie porządki oraz wieeeelkie sprzątanie mojej szafy. W kącie piętrzy się góra (ok. 1.50 m) ubrań do oddania, a szafa i tak ledwo się domyka. Miliard ubrań, a ja oczywiście chodzę w trzech na krzyż ulubionych zestawach ;)

Trochę stresuję się jutrem. Szkolenie z dziedziny w której wciąż jestem kompletnym laikiem, bo w pracy zajmuję się zgoła czym innym, choć oficjalnie miało być inaczej. Mam nadzieję, że nie będzie jakiś tekstów sprawdzających czy odpytywania uczestników :/ Szkolenie 3 stopnia, a ja nie mam ani 1go ani 2go. E tam, idę na żywioł ;). I będziemy sobie improwizować z córcią ;)

piątek, 6 maja 2011

Już MAJ...

Od kilkunastu dni nie mieliśmy internetu, a ponieważ tacy z nas specjaliści elektrotechniczni, nie wiedzieliśmy czemu, machnęliśmy ręką i po prostu więcej czytaliśmy (ja) czy spali (Miaużonek).
Dziś, kiedy w końcu otworzyłam naszego szanownego laptopa z zamiarem zmierzenia się z problemem braku sieci, o dziwo internet zaczął śmigać jak szalony. Dobrze, że do naprawy zabrałam się po sprzątnięciu domu i zrobieniu prania (tak, dziś mam wolny dzień od pracy, więc trzeba odpocząć), bo w przeciwnym razie wsiąknęłabym w sieć na długie godziny, a domowe sprawy leżały by sobie odłogiem.
Z internetem jest tak, że jak go nie ma, to raptem ma się wiele innych ciekawych rzeczy do zrobienia. A jeśli już jest i siądziemy przed komputerem, to pochłania nas strona za stroną na dłuuugie bezsensowne godziny.

***
Maj... maj... maj..., u nas na północy - standardowo zimno, szaro, mokro i wietrznie. Po kilku cudnie letnich dniach - powrót do zimnej i szarej codzienności. Jak na złość. Człowiek czeka z utęsknieniem na kwiecie kwitnące, świeże owoce, pachnącą świeżością trawę, klapki i zwiewne sukienki, a tu jak na złość... Jak nigdy czekam na lato... Bardzo mi potrzebna pozytywna, słoneczna atmosfera, bo wtedy wiem, że i humor będę miała lepszy i dzieciątko nasze będzie dzięki temu szczęśliwsze...

***
Wraz z datą ostatniej menstruacji, jestem teraz w 15 tygodniu i 2 dniu ciąży, więc zaczęliśmy z Maleństwem jego 16 tydzień. I... nie jestem pewna w 100 %, ale parę dni temu (tj. 1.05.) poczułam w dole brzucha takie jakby latające bąbelki. Od tamtej chwili nic, więc nie wiem, czy nie zawiodła mnie wyobraźnia czy też przewrażliwienie.
Mam już mały brzuszek, który nie mieści się już w żadne przedciążowe spodnie, więc przerzuciłam się na spodnie z gumą, które Bogu dzięki mam w nieograniczonych ilościach od siostry (troszkę większej rozmiarowo ode mnie ;).
Kolejne USG planowo za ok. 2 tygodnie i nie mogę się już doczekać, kiedy znów zobaczymy się z naszym Maluszkiem. I czekam, kiedy nasz Mikulek (?) zacznie dawać silniejsze oznaki - kopniaki.
Miaużonek każdego wieczora przykłada ucho do mojego brzucha i słucha co tam słychać ;). I mówi tak ślicznie do Maleństwa, aż mi serce topnieje i gula podchodzi mi do gardła. Nigdy nie myślałam, że spotkają mnie takie chwile cudne... Ech, co tu dużo gadać... Nie ma nic cenniejszego...

***
Dziś mam wolny dzień. Ale nie znów taki wolny od stresów niestety. Spokój skutecznie zakłócają mi telefony od mojej najbliższej współpracowniczki, na której zachowanie i opis wybryków szkoda marnować miejsce, nawet w wirtualnym, nieograniczonym powierzchniowo świecie. Jeden telefon odebrałam, co przepłaciłam parogodzinnym bólem głowy. Kolejne trzy telefony zignorowałam. To jedyna metoda na tą panią.
Inaczej spokoju nie miałabym nawet we własnym domu... w nielicznych wolnych chwilach...
Czasem, ostatnio nawet parę razy dziennie, a szczególnie kiedy jest nawał pracy, zasyp klientów i telefonów, i brak kogoś, kto by mi pomógł (więc właściwie codziennie), zastanawiam się nad L4. Szczególnie, że często ledwo dowlekam się do domu, a w domu padam wykończona i marzę tylko o śnie. Z jednej strony wiem, że nie mogę się tak przemęczać, ale z drugiej boję się zanudzenia na śmierć w domu. Póki co, jeśli wszystko będzie ok i będziemy się dobrze czuli z Maleństwem, to myślę, że popracuję do końca czerwca, żeby zdążyć przed największymi upałami i rozmiarem brzucha, który może już wtedy uniemożliwić całodniowe stanie na nogach i demonstrowanie Klientom pewnym produktów. Pożyjemy - zobaczymy...