W sobotę 14.10.2017 roku odszedł mi czop ciążowy i zaczęłam spodziewać się, że w ciągu doby może zacząć się poród. Tak było w przypadku narodzin Hani. Cała noc z 14 na 15 października bardzo źle spałam, dokuczal mi ból brzucha, nie skurcze, ale taki dyskomfort. W niedzielę obudziłam się o 8 rano i jak tylko wstałam z łóżka, to odeszły mi wody. Zupełnie jak w filmie, trysknęło że mnie jak z wiadra :)
Obudziłam Hanię i Rafała, który wpadł w panikę i zaczął biegać po domu w poszukiwaniu spodni :)
Ja w tym czasie na spokojnie się umylam, u brałam i dopakowalam torbę. Spakowałam też torbę dla Hani, która miała pójść do sąsiadki zanim dojedzie do nas Babcia B.
Byłam spokojna, bo poród zaczął się w niedzielę, kiedy Rafał był w domu. A pół ciąży bałam się, że zacznie się wtedy, kiedy będę sama w domu z Hania i nikt nie zdąży dojechać. Jednak wszyscy byli zaskoczeni bo było to jednak 10 dni przed terminem.
Po Hanię przyszła sąsiadka, a my pojechaliśmy do Szpitala Wojewódzkiego, gdzie było ustalone, że będę rodzic i gdzie pracuje mój lekarz prowadzący. W szpitalu byliśmy ok 9 rano i najpierw na Izbie Przyjęć czekaliśmy na przyjęcie i wypelnialismy dokumenty. Cały czas odchodziły mi wody i czułam dyskomfort w brzuchu. Kolejna godzinę czekaliśmy na lekarza, który po zbadaniu mnie wyczuł rozwarcie na 2 cm i zalecił KTG. Potem ok 30 min. miałam kolejne KTG. Ogólnie cały czas maszerowalismy z torbami od gabinetu do gabinetu. Po obejrzeniu KTG lekarz powiedział, ze do porodu jeszcze dużo czasu i że mamy jechać do Szpitala Miejskiego, bo oni w Wojewódzkim nie mają wolnych łóżek. Cały czas dochodziły mi wody, więc byliśmy dość zaniepokojeni, a ta decyzja zdenerwowała Rafała, który natychmiast zadzwonił do naszego lekarza prowadzącego (to była niedziela i nie było go na dyżurze). Nasz lekarz powiedział, że nic nie może zrobić i mamy jechać do Szpitala Miejskiego. Pamiętam, że poczulismy się wtedy bardzo bardzo źle. Rafał wymogl na lekarzu, który mnie przyjmował, żeby podpisał dokument, że wypuszcza mnie ze szpitala w fazie porodu i przy odchodzących wodach. Początkowo chcieliśmy karetkę, ale lekarz powiedział, że wszystkie są zajęte i musielibyśmy czekać ok 3 godzin. Pielęgniarki w recepcji na Izbie były w szoku, że w zagrożonej ciąży, z cukrzyca ciążowa i przy odchodzących wodach, nie chcą mnie przyjąć na oddział. I tak po prawie 3 h na Izbie w Wojewódzkim pojechaliśmy do Miejskiego. Rafał był tak przerażony, że pomylił drogę, choć zna ją jak własną kieszeń. Ja zaczęłam odczuwać już dotkliwe skurcze i było mi bardzo ciężko usiedziec w fotelu. Przyjechaliśmy do Szpitala Miejskiego ok 12 i do ok 13 czekaliśmy na Izbie Przyjęć. Czyli od wyjazdu z domu minęły już 4 godziny :/ Na Izbie lekarka zadała mi ciśnienie, temperaturę i przeprowadziła wywiad. Potem kazała mi się przebrać w koszule do porodu, a Rafałowi przynieść moja torbę. Potem zostałam jeszcze zbadana ginekologiczne przez lekarza (rozwarcie było już na 4 cm), który też był w szoku, że tak nas potraktowali w Szpitalu Wojewódzkim. Lekarz zapytał, czy chce rodzic naturalnie czy przez cc (pierwsza ciąża zakończyła się cesarka). Po badaniu zostaliśmy przyjęci na Oddział i umieszczeni w sali porodowej. Było ok 14 i odczuwalam już dotkliwe skurcze. Położne od razu połączyły mnie to KTG, zmierzyły mi też miednicę. Zjadłam nawet obiad :) Później skurcze były już coraz silniejsze, KTG szalało, ale na dobre zaczęło się, kiedy odpieto mnie od KTG i chciałam pójść do toalety. Nogi się pode mną ugiely z bólu i do WC Rafał musiał mnie dosłownie wlec. Myślę, że był to moment tych krytycznych 7 cm. Było po 16 i od odejścia wód minęło 9 godzin, więc podlaczono mi kroplówkę z oksytocyną. Wtedy akcja nabrała tempa, ale ból był tak mocny, że dostałam krwotoku z nosa i musiano podać mi tlen, bo z braku sił traciłam oddech. Myślę, że ból spotegowala oksytocyną. W pewnym momencie niestety zrobiło się nieciekawie i wtedy położne pobiegły po lekarza. Niestety ale Jaś podobnie jak wcześniej Hania zaklinowal się w "przejściu". Nie pomogło nacięcie i lekarz musiał użyć vacuum. O 16.55 urodził się Jaś. 2800 kg, 52 cm długości, 10/10. Przez moment nie słyszałam jego krzyku i to była przerażająca sekunda... A potem usłyszałam ten jego pierwszy krzyk i poczułam taaaką ulgę... Miałam też tak dziwne wrażenie, że po prostu Go znam. Ale tyle lat na niego czekałam, że nie zaskoczył mnie jego widok :) Po prostu poczułam, że to On, mój synek, że się znamy :)
Potem było szycie i niestety znieczulenie nie zdążyło zadziałać i w trakcie szycia musiała mnie za nogi trzymac, bo nogi tak mi dygotaly z bólu, że lekarz nie mógł szyć. No doznania makabryczne trochę ;)
Po szyciu mieliśmy spokojne 2 godziny, kiedy Jaś ciumkał cycusia, tulilismy się i odpoczywalismy. Był to magiczny czas, zgaszone światło, spokój i ulga, że On w końcu jest, że zdrowy, że mimo tyłu przeciwności jest szczęśliwie z nami.
Potem Jasia zmierzono, zwarzono, przebadano i zabrano już na salę do innych mam.
Rafal posiedział z nami do ok 21 i pojechał do Hani.
Tej nocy w ogóle nie spałam, raz że z emocji, a po drugie obok leżała mama po cesarce, która bardzo z bólu cierpiała. Jaś spał spokojnie i w ogóle cały pobyt w szpitalu jadł i spał.
W poniedziałek, czyli kolejnego dnia, Jaś został zaszczepiony, miał badanie słuchu i USG przezciemiączkowe. W poniedziałek odwiedzili nas moi rodzice, Rafał przywiózł też Hanie, swoją mamę i swoją siostrę. Ogólnie czułam się jak po wypadku, na szczęście Jaś był grzeczniutki. Wtorek to kolejne badania. Wszystkie wyszły ok., więc mieliśmy się szykować do wyjścia do domu. Byłam trochę zszokowana, że tak szybko, tzn. 48h po porodzie, bo byłam tak obolała, że bałam się, że nie będę miała siły na powrót do domu. Poród naturalny znioslam jednak o wiele gorzej niż cesarke 6 lat wcześniej.
Do domu wpisano nas ok 17 i pamiętam, że Rafał musiał ubrać mi skarpetki i buty, i że na nasze 3 piętro wchodziłam 40 minut.
Ja w tym czasie na spokojnie się umylam, u brałam i dopakowalam torbę. Spakowałam też torbę dla Hani, która miała pójść do sąsiadki zanim dojedzie do nas Babcia B.
Byłam spokojna, bo poród zaczął się w niedzielę, kiedy Rafał był w domu. A pół ciąży bałam się, że zacznie się wtedy, kiedy będę sama w domu z Hania i nikt nie zdąży dojechać. Jednak wszyscy byli zaskoczeni bo było to jednak 10 dni przed terminem.
Po Hanię przyszła sąsiadka, a my pojechaliśmy do Szpitala Wojewódzkiego, gdzie było ustalone, że będę rodzic i gdzie pracuje mój lekarz prowadzący. W szpitalu byliśmy ok 9 rano i najpierw na Izbie Przyjęć czekaliśmy na przyjęcie i wypelnialismy dokumenty. Cały czas odchodziły mi wody i czułam dyskomfort w brzuchu. Kolejna godzinę czekaliśmy na lekarza, który po zbadaniu mnie wyczuł rozwarcie na 2 cm i zalecił KTG. Potem ok 30 min. miałam kolejne KTG. Ogólnie cały czas maszerowalismy z torbami od gabinetu do gabinetu. Po obejrzeniu KTG lekarz powiedział, ze do porodu jeszcze dużo czasu i że mamy jechać do Szpitala Miejskiego, bo oni w Wojewódzkim nie mają wolnych łóżek. Cały czas dochodziły mi wody, więc byliśmy dość zaniepokojeni, a ta decyzja zdenerwowała Rafała, który natychmiast zadzwonił do naszego lekarza prowadzącego (to była niedziela i nie było go na dyżurze). Nasz lekarz powiedział, że nic nie może zrobić i mamy jechać do Szpitala Miejskiego. Pamiętam, że poczulismy się wtedy bardzo bardzo źle. Rafał wymogl na lekarzu, który mnie przyjmował, żeby podpisał dokument, że wypuszcza mnie ze szpitala w fazie porodu i przy odchodzących wodach. Początkowo chcieliśmy karetkę, ale lekarz powiedział, że wszystkie są zajęte i musielibyśmy czekać ok 3 godzin. Pielęgniarki w recepcji na Izbie były w szoku, że w zagrożonej ciąży, z cukrzyca ciążowa i przy odchodzących wodach, nie chcą mnie przyjąć na oddział. I tak po prawie 3 h na Izbie w Wojewódzkim pojechaliśmy do Miejskiego. Rafał był tak przerażony, że pomylił drogę, choć zna ją jak własną kieszeń. Ja zaczęłam odczuwać już dotkliwe skurcze i było mi bardzo ciężko usiedziec w fotelu. Przyjechaliśmy do Szpitala Miejskiego ok 12 i do ok 13 czekaliśmy na Izbie Przyjęć. Czyli od wyjazdu z domu minęły już 4 godziny :/ Na Izbie lekarka zadała mi ciśnienie, temperaturę i przeprowadziła wywiad. Potem kazała mi się przebrać w koszule do porodu, a Rafałowi przynieść moja torbę. Potem zostałam jeszcze zbadana ginekologiczne przez lekarza (rozwarcie było już na 4 cm), który też był w szoku, że tak nas potraktowali w Szpitalu Wojewódzkim. Lekarz zapytał, czy chce rodzic naturalnie czy przez cc (pierwsza ciąża zakończyła się cesarka). Po badaniu zostaliśmy przyjęci na Oddział i umieszczeni w sali porodowej. Było ok 14 i odczuwalam już dotkliwe skurcze. Położne od razu połączyły mnie to KTG, zmierzyły mi też miednicę. Zjadłam nawet obiad :) Później skurcze były już coraz silniejsze, KTG szalało, ale na dobre zaczęło się, kiedy odpieto mnie od KTG i chciałam pójść do toalety. Nogi się pode mną ugiely z bólu i do WC Rafał musiał mnie dosłownie wlec. Myślę, że był to moment tych krytycznych 7 cm. Było po 16 i od odejścia wód minęło 9 godzin, więc podlaczono mi kroplówkę z oksytocyną. Wtedy akcja nabrała tempa, ale ból był tak mocny, że dostałam krwotoku z nosa i musiano podać mi tlen, bo z braku sił traciłam oddech. Myślę, że ból spotegowala oksytocyną. W pewnym momencie niestety zrobiło się nieciekawie i wtedy położne pobiegły po lekarza. Niestety ale Jaś podobnie jak wcześniej Hania zaklinowal się w "przejściu". Nie pomogło nacięcie i lekarz musiał użyć vacuum. O 16.55 urodził się Jaś. 2800 kg, 52 cm długości, 10/10. Przez moment nie słyszałam jego krzyku i to była przerażająca sekunda... A potem usłyszałam ten jego pierwszy krzyk i poczułam taaaką ulgę... Miałam też tak dziwne wrażenie, że po prostu Go znam. Ale tyle lat na niego czekałam, że nie zaskoczył mnie jego widok :) Po prostu poczułam, że to On, mój synek, że się znamy :)
Potem było szycie i niestety znieczulenie nie zdążyło zadziałać i w trakcie szycia musiała mnie za nogi trzymac, bo nogi tak mi dygotaly z bólu, że lekarz nie mógł szyć. No doznania makabryczne trochę ;)
Po szyciu mieliśmy spokojne 2 godziny, kiedy Jaś ciumkał cycusia, tulilismy się i odpoczywalismy. Był to magiczny czas, zgaszone światło, spokój i ulga, że On w końcu jest, że zdrowy, że mimo tyłu przeciwności jest szczęśliwie z nami.
Potem Jasia zmierzono, zwarzono, przebadano i zabrano już na salę do innych mam.
Rafal posiedział z nami do ok 21 i pojechał do Hani.
Tej nocy w ogóle nie spałam, raz że z emocji, a po drugie obok leżała mama po cesarce, która bardzo z bólu cierpiała. Jaś spał spokojnie i w ogóle cały pobyt w szpitalu jadł i spał.
W poniedziałek, czyli kolejnego dnia, Jaś został zaszczepiony, miał badanie słuchu i USG przezciemiączkowe. W poniedziałek odwiedzili nas moi rodzice, Rafał przywiózł też Hanie, swoją mamę i swoją siostrę. Ogólnie czułam się jak po wypadku, na szczęście Jaś był grzeczniutki. Wtorek to kolejne badania. Wszystkie wyszły ok., więc mieliśmy się szykować do wyjścia do domu. Byłam trochę zszokowana, że tak szybko, tzn. 48h po porodzie, bo byłam tak obolała, że bałam się, że nie będę miała siły na powrót do domu. Poród naturalny znioslam jednak o wiele gorzej niż cesarke 6 lat wcześniej.
Do domu wpisano nas ok 17 i pamiętam, że Rafał musiał ubrać mi skarpetki i buty, i że na nasze 3 piętro wchodziłam 40 minut.
Ale ze sobą do domu przynieslismy nasz wyczekany drugi skarb :)



