W końcu widać słońce. I można ubrać coś innego niż sweterzysko i długie spodnie. I wyciągnąć przykurzone sandałki, które okazują się za małe conajmniej o 100 rozmiarów. Mam takiego nogala, że hoho! Zmieszczą się chyba tylko w gumiaki jakieś albo kapcie. Ale jak tu lansować się po mieście w kapciach? Bo z okazji pogody mam zamiar namówić Miaużonka na romantyczny wieczór na Starówce. No, sukienka, bucik itp. A skończy się chyba na dresie, bo kiedy temp. przekracza 25 stopni, to ja normalnie potrajam swoje rozmiary!
Btw. męża przekupuję smakołykami. Dziś sałatka hawajska w ilości hurtowej. Z bagietką długości metrowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz