Ale w takim tempie, że padam... Odkąd mąż zmienił wydział, pracuje od 6 do 18, a wieczory i tak wisi na telefonie, załatwiając milion spraw. I tym sposobem wszystkie domowe obowiązki, zaprowadzanie i przyprowadzanie Hani, zakupy i dom - spadły na moją głowę. Do tego ten tydzień w pracy - koszmar. Dwie dziewczyny na zwolnieniach - więc pracuję sama. Rano wstaję nieprzytomna ze zmęczenia. Wczoraj wracając do domu, płakałam ze zmęczenia. W domu dostałam normalnie jakiejść trzęsiawki ze zmęczenia - cały dzien od 7 rano nie miałam czasu ani zjeść ani wypić choć szklanki wody. Nie wiem jak dam radę utrzymać to tempo.
W domu jestem o 17, zanim sprzątnę i zrobię jakieś jedzenie jest 18. Potem kąpiel, usypianie Hani i jest 20. Mam w końcu chwilę, żeby nadgonić prasowanie czy inne domowe czynności. O 21 nie widzę już na oczy.
Takie wariactwo czeka mnie jeszcze do soboty. Bo oczywiście sobotę tez pracuję. Potem niedziela - dzień oddechu dla niewolnika i lecimy dalej.
Nie mam kompletnie na nic czasu, siły i chęci. Nie mam nawet czasu siąść z dzieckiem i poczytać jej głupią książeczkę.
Dziś mamy w przedstawienie w szkole muzycznej. Nie wiem jak zdąrzę zabrać niunię z przedszkola i dostarczyć do tej szkoły. Mąż oczywiście nie da rady.
Godzina 11 rano, a ja już padam.
Wpis ku wyżaleniu się, bo rano leciałam na łep na szyję do pracy, połykając po drodze łzy żalu i przemęczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz