poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Niedzielna wycieczka

Wybraliśmy się wczoraj całą rodzinką na małą wycieczkę do pięknego pałacu w Galinach. Jest to miejscowość oddalona od naszego rodzinnego miasta o ok. 30 km. Towarzyszyły nam obie babcie, dziadek A. i koleżanka babci B.

Pogoda bardzo dopisała, był to pierwszy słoneczny dzień od dwóch tygodni. Hanulka wybiegała się oczywiście na 100 swoich procent :)

Przepiękne miejsce:


Położony w dawnych Prusach Wschodnich majątek Galiny miał szczęście do ludzi. Dzięki nim przetrwał wojnę i po pięćdziesięciu latach zapomnienia odzyskuje dawny blask.
O zachodzie łąki mają złoty odcień. Stajnie, stodoła, budynki gospodarcze odbijają się w lustrze stawu otoczonego gęstymi rzęsami tataraku.
Ludzie idą brukowanym traktem wiodącym z pałacu do ogródka na tyłach folwarku. Siadają przy stołach ustawionych na trawie. W powietrzu unosi się zapach zwożonego z pól siana.
Gdyby nie samochody parkujące na podjeździe można by pomyśleć, że to scena z życia Euleburgów – rodziny, która przez 400 lat rządziła majątkiem położonym w pobliżu Bartoszyc.
Renesansowy pałac w Galinach wybudowany został nad Pisą w 1589 r. dla hrabiego Botho zu Eulenburga. Usytuowany na wzniesieniu, otoczony fosą, miał początkowo charakter obronny. Prowadził do niego zwodzony most.
W połowie XVIII wieku do pałacu dobudowano stajnie, wozownię oraz bramę wjazdową. Sto lat później przebudowano je w stylu neogotyckim, wraz z wieżami po północnej stronie pałacu. Poziom rzeki został obniżony, fosę zlikwidowano.
Na przełomie XIX i XX wieku majorat w Galinach należał do grupy największych posiadłości w Prusach Wschodnich i obejmował obszar 1260 ha.
W 1921 roku jego ostatni przedwojenny właściciel, hrabia Botho Wendt zu Eulenburg, nakazał usunąć neogotyckie zdobienia bramy, stajni i wież. Osiemnaście lat później wybuchła wojna.
Na początku 1945 roku front zbliża się do Galin wielkimi krokami. Niemcy uciekają w popłochu przed Rosjanami, opuszczając majątki, w których żyli od pokoleń. Żona Hrabiego Eulenburga powtarza uparcie mężowi, że póki będą w Galinach, nic im nie grozi.
Hrabia nie słucha jej jednak i kiedy pod bramą zjawiają się Rosjanie, wychodzi z pałacu. Zostaje zatrzymany. Umiera podczas wywózki na Sybir.
Hrabina zu Eulenburg zostaje uwięziona, w pałacu instalują się żołdacy. Sowieci wyrzucają na dziedziniec sprzęty, meble, obrazy. Palą je w wielkim ognisku. Hrabinie udaje się wydostać z niewoli i uciec do Niemiec.
Według rodzinnego przekazu, w negocjacjach z Rosjanami pomogło jej ukraińskie pochodzenie. Być może także dlatego Galiny, choć splądrowane, ocalały.
Jednakże z wyposażenia dworu zostały tylko dwa piece, kominek, XVIII-wieczna mazurska szafa i drewniana klatka schodowa. Oraz jeden obraz. Uratowany przez ogrodnika, który wyniósł go z pożogi. Był to portret Elli – grafini zu Eulenburg – matki ostatniego właściciela majątku.
Z trzech pruskich pałaców należących do Eulenburgów wojnę przetrwały tylko Galiny. Pałac w Wicken (teraz po stronie rosyjskiej) Rosjanie wysadzili w powietrze. Neogotycki zamek w Prośnie dogorywa. Najpierw zniszczony został przez mieszczący się tam PGR.
Potem dzieła zniszczenia dokonali okoliczni mieszkańcy, rozbierając budynek na cegły do budowy domów. Belki stropowe wycinali zimą na opał. Niewiele brakowało, a leżące w pobliżu Bartoszyc Galiny podzieliłyby ich los.
Po wojnie pałac stał się własnością skarbu państwa. Najpierw organizowano w nim kolonie dla dzieci, potem urzędował tu PGR.
Kiedy pałac był już bardzo zniszczony, biura zostały przeniesione. W salonach składowano ziarno, trzymano rury. W dawnych stajniach hodowano świnie.
Przez ponad 50 lat pałac podupadał coraz bardziej, park niszczał. W końcu majątek został wystawiony na sprzedaż. Przez wiele lat nikt się nim nie interesował.
Piętnaście lat temu małżeństwo przedsiębiorców z Warszawy przypadkowo dowiedziało się o Galinach. Przyjechali zobaczyć pałac jesienią. Był przepiękną, romantyczną ruiną.
Między rozsypującymi się murami pięła się dzika roślinność. Na stropie pierwszego piętra bił przez dziurę w dachu snop światła, kłębiły się paprocie. Na podjeździe rosły krzewy. Dach był jednocześnie zapadnięty do środka i zsuwał się z budynku jak wiosenny śnieg. Wiadomo było, że pałac nie przetrzyma najbliższej zimy.
Przybysze nie planowali kupowania posiadłości, ale nie mieli też siły oprzeć się jej urokowi. W ciągu kilkunastu dni zdecydowali się kupić pałac i doprowadzić go do stanu z lat 20. XX wieku.
Jeszcze przed zimą zabezpieczony został dach. Potem do pracy przystąpili projektanci i konstruktorzy. Myśleli, jak ratować rozjeżdżające się fundamenty, rozchylające się na cztery strony ściany.
Na wiosnę ruszyły prace. Na teren majątku wjechały koparki, buldożery rozgarniały błocko. Pałac został zszyty stalowymi strunami wzdłuż i w poprzek na dwóch kondygnacjach. Fundamenty ściśnięto opaską zaciskową.
Po pałacu przyszedł czas na park. O ile udało się odnaleźć stare zdjęcia budynku, to na temat wyglądu parku wiadomo było niewiele. Same prace ziemne w ogrodzie trwały dwa lata.
Trzeba było przekopywać się przez hałdy błota i gnoju, składowanego przez PGR na tyłach pałacu. W głąb ziemi wbite zostały długie na kilka metrów słupy. Ustabilizowały zbudowaną na nowo tamę, która zatrzymała wody Pisy i zasiliła pałacowe stawy.
Renowacja ogrodu trwała cztery lata. W końcu spiętrzona rzeka wartkim nurtem popłynęła pod romantycznymi mostkami. Wschodnią elewację pałacu obrósł bluszcz, na skarpie pod budynkiem zapłonęły czerwienią setki róż.
Rok po tym, jak pałac znalazł nowych właścicieli, na sprzedaż został wystawiony folwark. Wraz z 200 hektarami ziemi. Dużą część terenu stanowiły łąki i pastwiska. Gospodarze pałacu długo się nie zastanawiali. Kupili folwark wraz z ziemią, żeby pałac i majątek znowu stanowiły całość.
Folwark wyglądał straszliwie. Ziemie wyjałowione, łąki zarośnięte, góry gnoju, ohydne gnijące budynki. Trzeba było wymieniać całe płaty murów, bo cegły były tak zasolone, zmurszałe, że paznokciem można w nich było wydłubać dziurę.
Kiedy po dziesięciu latach pracy majątek zaczynał dobrze wyglądać, właściciele pomyśleli, że może warto byłoby się nim podzielić. Nie chcieli budować po prostu hotelu.
Marzyli o tym, żeby ich goście poczuli się w Galinach jak w dawnym majątku. Najpierw urządzone zostało trzynaście pokoi w dawnych chlewniach folwarku. Potem gospoda i dziesięć pokoi w drugim skrzydle. Kolejne pokoje w budynkach bramnych pałacu, a ostatnie w oficynach.
Nie było nigdy kompleksowego projektu wystroju wnętrza, tylko stopniowe „dzianie się”: jak już były krzesła, właściciele myśleli o lampach, kiedy zrobili stoły, zastanawiali się, jakie talerze by do nich pasowały.
Gdy w pokoju pojawiał się jakiś mebel, przesuwano go dotąd, aż wpasował się idealnie we wnętrze.
Przy folwarku uruchomiono stolarnię. Z drewna pochodzącego z pobliskiego tartaku tworzy się tu meble, odnawia antyki wynalezione na okolicznych targach. Na miejscu pracuje też kowal – robi lampy, okucia drzwi, żyrandole.
Każdy, nawet najmniejszy, element wystroju jest w Galinach starannie przemyślany, wykonany, dopieszczony.
Posiadłość wciąż wymaga mnóstwa pracy, ale Galiny już chwalą konserwatorzy zabytków. Bo w czasie odbudowy pałacu i folwarku zachowano i wykorzystano jak najwięcej zabytkowej substancji i starych elementów.
Dachówki zostały zdjęte, oczyszczone, zaimpregnowane i na nowo położone. Brakujące uzupełniono dachówkami dokupionymi z rozbiórek w okolicy. Zachowano jak najwięcej belek stropu w stajniach, stare okucia.
Żeby uratować choć część filarów podtrzymujących dach stajni, wycięto wypróchniałe części i podstemplowano je balami ze zdrowego drewna.
Na dziedzińcu folwarku i uliczkach łączących poszczególne części majątku ułożono na nowo bruk. Po piętnastu latach prac pałac wygląda jak na pocztówkach z początku XX w. Wieże obrosło dzikie wino, skrzydła oficyn ozdabia czerwono-różowy wiciokrzew. Wieczorem w powietrzu unosi się upojny zapach.
Kiedy pałac został sprzedany, siostrzeniec ostatniego przedwojennego właściciela Galin, Udo Graf zu Eulenburg, skontaktował się z nowymi właścicielami. Zaprosili go z wizytą.
Obie strony były początkowo wobec siebie nieufne. Ale kiedy hrabia wraz z żoną pojawili się w majątku, po godzinie rodziny się polubiły i zaprzyjaźniły. Hrabia pomagał w remontach, opowiadając, jak pałac wyglądał przed wojną.
W Galinach, położonych z dala od turystycznych szlaków, bliżej Kaliningradu niż Olsztyna, mieszka mniej niż 1000 mieszkańców. Przez lata pracowali w PGR-ach. Po zmianie systemu nie bardzo mieli z czego żyć. Podobnie jak pałac, dostali szansę.
Mieszkańcy Galin i innych popegieerowskich wsi znaleźli w majątku pracę i poczucie, że biorą udział w czymś ważnym. Pewnie dlatego wiążą się z tym miejscem na dobre.
Mirek – szef stajni – przyjechał do Galin z Braniewa. Najpierw mieszkał w pałacowych czworakach, potem kupił dom we wsi, wyremontował go i sprowadził rodzinę.
Janusz – szef stolarni – pochodzi z Nysy, przyjechał tylko na rok. Jest już w majątku 14 lat.
Małgosia – kierowniczka hotelu i restauracji – jest z Ostródy. W Galinach znalazła pracę i męża.
Marcin – szef rolnictwa – jest stąd. Wyjechał na studia rolnicze i wrócił. Dba o galińskie gospodarstwo jak o swoje.
Ola – szefowa kuchni – jest z Galin. Gotowała najpierw obiady dla pracowników ekip remontowych podczas renowacji pałacu. Kiedy okazało się, że Hrabia Eulenburg marzy o tym, żeby w Galinach urządzić swoje urodziny, przygotowała przyjęcie w starej kuźni dla 60 grafów, którzy zjechali z całej Europy. Wyszło fantastycznie.
Eulenburgowie teraz odwiedzają Galiny rokrocznie. Hrabia podarował nowym właścicielom Galin nadpalony obraz uratowany przez ogrodnika. Portret przeszedł renowację i ma zawisnąć na honorowym miejscu w pałacu.
Galiny przez cały rok pulsują życiem. Wokół folwarku rośnie pszenica i rzepa. Trawy na łąkach mają o świcie intensywnie zielony, niemal szmaragdowy kolor. Wilgotny i głęboki. Pachnie ziemią. 
W ziołowym ogródku na tyłach gospody rosa osadza się na rzędach mięty, tymianku, bazylii i szczypiorku. Kule kwitnącego czosnku błyszczą intensywnie fioletowym odcieniem. 
Stajenni kręcą się przy koniach. Goście spacerują po parku. Z pałacowej kuchni dolatują zapachy placków ziemniaczanych i rosołu. Życie toczy się normalnie. Jak dziś na Warmii, jak kiedyś w Prusach Wschodnich. 





źródło:  http://www.voyage.pl/swiat/2183/historie-rodzinne

























PS. Od piątku Hanulka ma wakacje w przedszkolu. Cały sierpień. Takiej to dobrze, hehe ;)Ten tydzień spędza z Tatusiem, kolejny z Babcią I., a dwa ostatnie tygodnie ze mną, już nie mogę się doczekać. :) Oby pogoda została.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz